Nowy numer 27/2020 Archiwum

Nie wiedziałem, że to grzech, ale czułem, że coś jest nie tak

Całe zło związane z masturbacją zaczęło się już w młodości, wtedy to odkryłem to "coś", oczywiście wtedy nie myślałem nawet o tym, że dobrych kilka lat później będzie to miało złe konsekwencje...

Wtedy, kiedy odkryłem masturbację, nie byłem jeszcze chrześcijaninem, chodziłem do kościoła z przymusu, bo rodzice mi tak kazali, chodziłem tam bardzo niechętnie, a najlepiej wcale bym do niego nie chodził. Od zawsze byłem człowiekiem o słabej woli, nie miałem charakteru.

Mijały kolejne lata, a ja wciąż uważałem to za coś fajnego, i niewinnego, nie widziałem tego, jak szatan wkradł się w moje życie i jak bardzo zostałem zniewolony. Tak trwałem aż do 15 roku życia, kiedy coś we mnie pękło. Czułem pustkę. Wtedy uświadomiłem sobie, że coś jest nie tak. Kiedy miałem 15 lat, chodziłem już do kościoła i słuchałem Słowa Bożego, coraz bardziej mnie ono ciekawiło, myślę, że stało się to dlatego, że właśnie wtedy był w naszej parafii ksiądz, który mówił wprost, co jest dobre, a co złe, tłumaczył „na chłopski rozum”. Wtedy to właśnie usłyszałem, że masturbacja to grzech...

Początkowo myślałem, że ksiądz przesadza, że na pewno tak nie jest, wszyscy przecież mówią, że to jest biologia, że masturbacja to naturalny odruch człowieka. Po prostu próbowałem sobie wmówić, że to nie jest grzech, próbowałem się usprawiedliwić. Robiłem to pewnie dlatego, że podświadomie wiedziałem, że wyjście z tego będzie nie lada problemem. Wcześniej (zanim zacząłem słuchać Słowa Bożego i regularnie uczestniczyć w Mszy św.), uzyskałem dodatkowy dostęp do pornografii, a to jeszcze bardziej spotęgowało moje uzależnienie. Masturbowałem się czasem nawet dwa razy dziennie...

Kiedy już ksiądz powiedział, że jest to grzech, zainteresowałem się tym bardziej, czytałem artykuły na katolickich stronach, i doszedłem do wniosku, że faktycznie oni mają rację, a ja się mylę. Ale czy ja dam radę z tego wyjść? Postanowiłem, że spróbuję.

Moja walka zaczęła się od tego, że z własnej woli próbowałem tego zaprzestać, ale wychodziło mi to najwyżej na kilka dni, potem wracało ze spotęgowaną siłą. I tak trwałem przez dość długi czas, jakieś kilka miesięcy, raz szło lepiej, a raz gorzej, ale w końcu i tak nie mogłem z tego wyjść i żyłem tak jak wcześniej, już chciałem się poddać, byłem sfrustrowany, czułem, że przegrałem, ale wtedy chyba pierwszy raz pomodliłem się głęboko z serca i szczerze, brzmiało to mniej więcej tak: „Boże, jeśli to jest złe, pomóż mi z tego wyjść, próbuję, ale mi nie wychodzi, nie wiem już co mam już robić”.

Od tej pory zaczęła się jeszcze większa walka z tym nałogiem. Odkryłem, że tak naprawdę jedynym sposobem, poprzez który można wyjść z tego nałogu, jest modlitwa. Zwykła, szczera modlitwa, daje niesamowitą siłę do walki z tym nałogiem. Pamiętam, że wtedy zacząłem chodzić do kościoła dość często, dawało mi to siłę do dalszej walki.

Wcześniej usłyszałem od kogoś, że Msza Święta ma nieskończoną wartość. W myślach przed każdą Mszą ofiarowałem ją Bogu w intencji tego, aby pomógł mi wyjść z niewoli masturbacji. Oprócz tego zacząłem się codziennie modlić przed snem, właśnie wtedy szala zwycięstwa zaczęła przeważać na moją stronę, coraz rzadziej się masturbowałem, oczywiście zdarzały się upadki, ale szybko z nich wychodziłem i dalej walczyłem. Uczęszczałem także do pobliskiego kościoła na nowennę do Matki Bożej. Jeszcze nigdy nie czułem takiej siły. Już całkowicie przestawałem się masturbować, nie obyło się bez upadków, bo szatan nie chciał mnie wypuścić z rąk. Ale wiedziałem, że zwycięstwo jest już blisko.

Teraz żyję wolny od masturbacji już ponad 2 miesiące, a wcześniej nie potrafiłem przeżyć bez tego nawet 3 dni. Pamiętam moje dwa ostatnie tygodnie walki, zanim całkowicie przestałem się masturbować. Wtedy bez przerwy w głowie krążył mi obraz, w którym widziałem siebie związanego, ale już coraz słabiej. W końcu liny trzymały mnie już tylko za nogę, a z góry wyciągała mnie ręka Boga. Myślę, że ten obraz oddaje całą tę walkę w najlepszy sposób.

W tej chwili czuję się wolny jak nigdy przedtem. Jeśli ktoś zastanawia się, czy warto podjąć tę walkę, ja mówię, że była to moja najlepsza decyzja jak dotąd. Czuję wielką siłę, ponieważ codziennie się modlę. Zdaję sobie sprawę, że czasem się nie chce i jest się zmęczonym, ale naprawdę warto. Gorąco polecam zwykłą domową modlitwę! Pozdrawiam i życzę wygranej z nałogiem u boku Pana.

PS.

Polecam modlitwę Litanią do Najświętszej głowy Pana Jezusa, siedliska mądrości Bożej. Znajdziecie ją w internecie, lub w książeczkach religijnych. Gwarantuję, że pomoże wam w walce z nałogiem!

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama