Nowy numer 43/2020 Archiwum

Kawaler i dama

– Jak się zdarzy, że nie umiem rozwiązać trudnego zadania domowego, na pomoc przychodzi mi cała rodzina – opowiada 13-letnia Elżunia Świerad. – Nawet jeśli nie potrafią mi pomóc, to lepiej mi się myśli.

Wramach wsparcia przybiega nawet 4-letnia Basia i maluje Elżuni coś w zeszycie, w najmniej odpowiednim miejscu – śmieje się tata Marcin. Uważa, że mają szczęście, że jest ich sześcioro – rodzice plus cztery córki: 15-letnia Helenka, 13-letnia Elżunia, 10-letnia Zosia i 4-letnia Basia. – Kiedy ktoś z nas zapomni, jak trzeba żyć, mamy tyle osób, żeby mu na to zwróciły uwagę. Marcin jest lekarzem, kawalerem Zakonu Maltańskiego, założycielem Pomocy Maltańskiej na Śląsku, zasiada w radzie jednej z fundacji maltańskich, działa w Archidiecezjalnej Radzie Duszpasterskiej, jest członkiem kilku stowarzyszeń, ale bez zastanowienia mówi, że to tylko środki niezbędne do osiągnięcia celu. – Rodzina, zakon, inne organizacje to wspólnoty prowadzące do Pana Boga – podkreśla. – A najważniejszy jest właśnie On. Dał nam życie i trzeba Mu ufać. Kiedy wypuszczamy dzieci na ulicę, moglibyśmy się o nie bać, ale gdy zaufamy Opatrzności, przestajemy się lękać. Często się mówi: „Ważne jest nasze dzieło”. Ale ono nie może stać się naszym bożkiem. To Bóg się o nie troszczy. Uczył Marcina kiedyś założyciel Wspólnoty Dobrego Pasterza o. Ryszard Sierański: „Jak dzieło się rozleci, to wtedy nie zostaje ci nic. A tak to zawsze masz Boga”. – Jak się kocha Pana Boga, to jest się lepszym dla rodziny – bardzo poważnie włącza się do rozmowy Zosia. Mama Ilona bierze na kolana najmłodszą Basię i pyta: – Kto nas kocha najbardziej na świecie? – Pan Bóg! – córeczka odpowiada z wyrozumiałym uśmiechem, jakby trochę zdziwiona, że każą jej o tym przypominać. Przecież to się wie.

Cztery panny

Córki Świeradów przypominają piękne i mądre biblijne panny, czekające z zapalonymi lampkami oliwnymi na przyjście Pana. Życie rodziców odbija się w ich zachowaniu jak w lustrze. Nie znikają w swoich pokojach, ale uczestniczą w naszej rozmowie bardziej serio niż my, dorośli. Elżunia przynosi na stół upieczone przez dziewczynki pachnące bezy, prosto z piekarnika. – Są bardzo słodkie. Żeby lepiej smakowały, przygotowałyśmy z siostrami polewę z gorzkiej czekolady – zachęca do poczęstunku. Przy okazji nas katechizuje: – Niedawno kupiliśmy nowe sztućce, żeby ładniej razem jeść.

Bo przy stole wiele sobie można powiedzieć. Rodzice zawsze mi coś poradzą. Jak pokłócę się z koleżanką, to mówią, żebym ją przeprosiła. A jak już jakiejś całkiem nie lubię, to podpowiadają, żebym nie wchodziła z nią w dyskusje. – Mamy świadomość swoich wad i błędów, dlatego stale uczymy się, jak je naprawiać – uzupełnia tata. – Takie przygięcie karku przed bliską osobą, powiedzenie „przepraszam” jest łatwiejsze dzięki wierze w Boga. Zosia uwielbia rysować, zdobyła już sporo nagród. Bierze kartkę i coś szkicuje podczas naszego spotkania. Przedtem pokazuje rysunek przedstawiający rodzinę, przypięty do pianina, na którym gra Helenka: – Wszyscy mamy rumieńce, to znaczy, że się cieszymy i kochamy – wyjaśnia ołówkowe plamy na policzkach. – Nie jesteśmy idealni, nie udajemy, że jesteśmy święci, ale wierzymy, że świętość to konkretna droga, która nas czeka – wtrąca mama Ilona. – W rodzinie najważniejsze jest własne świadectwo wiary.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama