Nowy numer 43/2020 Archiwum

Spokojna kampania w niespokojnych czasach

Temperatura obecnej kampanii jest nieporównywalnie niższa od tej, która towarzyszyła choćby rywalizacji Lecha Kaczyńskiego i Donalda Tuska w 2005 roku.

Ktoś, kto opuścił Polskę, dajmy na to w 2011 roku – gdy scenę polityczną rozgrzewały spór o Smoleńsk i „wojna polsko-polska” – mógłby, wracając w tym roku do kraju, oczekiwać niezwykle ostrej kampanii prezydenckiej. Tymczasem nic z tych rzeczy.
Prezydent Bronisław Komorowski unika jak ognia debaty ze swoim głównym rywalem – Andrzejem Dudą. Kandydat PiS z kolei unika rewolucyjnych zapowiedzi i trzyma się jak najdalej od tematyki smoleńskiej. Gdyby nie „anty-komorowscy” demonstranci spod znaku Janusza Korwin-Mikkego, kampania odbywałaby się w rytmie niespiesznych spotkań na rynkach polskich miast.
To nie przypadek. Obaj najważniejsi kandydaci wiedzą, że Polakom zbrzydły już w ciągu ostatnich siedmiu lat ostre pojedynki gesty i słowa politycznych zagończyków. Próbują więc zdobyć wyborców językiem umiaru i deklarowanej rzeczowości. Któremu z nich udaje się to lepiej?
 

Armaty w kwiatach
Bronisław Komorowski prowadzi kampanię do bólu nudną i przewidywalną. Powtarza hasło: „Zgoda i bezpieczeństwo”. Drugi człon tego wyborczego refrenu wynika z przekonania, że najważniejszą emocją Polaków jest dziś lęk przed Rosją i możliwą agresją Putina.
To dlatego pan prezydent co rusz wizytuje bazy lotnicze, spotyka się z zachodnimi liderami na tle czołgów, a nawet dba o to, by osobiście informować o wynikach przetargu na nowy śmigłowiec dla polskiej armii.
Mniej przekonujący jest prezydent, gdy lansuje hasło zgody. Przez ostatnie cztery lata niewiele uczynił, aby zasypać polityczne rowy. Można odnieść wrażenie, że jego definicja zgody to nieprzerwane rządy Platformy przez najbliższe dekady.
Niekiedy jednak Bronisław Komorowski porzuca senny styl i znów płonie niechęcią do partii Jarosława Kaczyńskiego. Wtedy pojawiają się złośliwa ironia, nieprzyjemny ton i wyraźne resentymenty. Przykładem takiego zacietrzewienia jest uparte sugerowanie przez gospodarza Belwederu, że to PiS stoi za próbami zakłócania jego wieców wyborczych. Tymczasem nawet najbardziej niechętne pisowcom media przyznają, że jest to akcja zwolenników Korwin-Mikkego. A jednak prezydent obciąża za to zwolenników Andrzeja Dudy. Komorowski niezwykle mało mówi o wnioskach, jakie wyciągnął z pierwszej kadencji. Owszem, chwali się listą podpisanych ustaw. Ale unika pytań, dlaczego reset w stosunkach z Rosją był błędem lub jak chce zapobiec kryzysowi Grupy Wyszehradzkiej. A swoją kampanię prowadzi tak, aby nikt mu takich niezręcznych pytań nie zadał. Jego sztab nie organizuje otwartych konferencji prasowych. Przyjmuje zaproszenia na wywiady jedynie od wybranych, zaprzyjaźnionych mediów lub odwiedza gwiazdorskie internetowe show Łukasza Jakóbiaka.
Skąd taka ucieczka od zderzenia się z niełatwymi pytaniami? Choć to delikatny temat, trudno nie zauważyć nie najlepszej formy obecnej głowy państwa. Częste przysypianie, wyraźne objawy zmęczenia lub wdawanie się w dziwaczne pyskówki z kontrmanifestantami – wszystko to musi budzić pytanie o siły prezydenta w obliczu kolejnej kadencji. Widać, że jeśli przyjdzie mu się starać o reelekcję dopiero w II turze – będzie to cios dla ambicji Komorowskiego. Jego otoczenie pociesza się jednak, że nawet w takim wypadku pozostaje faworytem.
Czy jednak prezydent może już spokojnie odliczać czas do ponownego zaprzysiężenia?
Odmłodzenie PiS
Druga tura to główne marzenie Andrzeja Dudy. Kandydat PiS chce doprowadzić do ponownego pojedynku z Komorowskim, unikając wcześniej wszelkich kontrowersji. Kiedyś w masach wyborców PiS uznano by to za kapitulanctwo, ale dziś nawet w „twardym jądrze” zwolenników tej partii istnieje wiedza, jak nerwowo centrowi wyborcy przyjmują wszelkie hasła „nowego początku” i gruntownej przebudowy państwa. PiS na dodatek szachowany jest lansowanym przez Komorowskiego podziałem na obóz Polski racjonalnej i radykalnej.
Dlatego Duda pytany o Smoleńsk odpowiada w bardzo spokojny sposób, że jedni eksperci wskazują na zamach, a inni na katastrofę – nie wyjaśniając do końca, do której wersji on sam bardziej się skłania. Ta wstrzemięźliwość daje wyborcze korzyści, ale też nieco usypia prawicowy elektorat. W rolę energetyzatorów wcielają się w zastępstwie liderów PiS zwolennicy idei IV RP, tacy jak prof. Andrzej Nowak, którzy wyborców prawicy proszą o maksymalną mobilizację.
Ale PiS dzięki Andrzejowi Dudzie już wygrał ważną potyczkę wizerunkową. Kiedyś Jarosław Kaczyński jawił się jako starszy w porównaniu z Donaldem Tuskiem. Teraz to Komorowski symbolizuje stare pokolenie w polityce, a Duda nowe. A PiS ucieka od wizerunku partii „jednego człowieka” – „Jarosława wszechmocnego”.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama