Nowy numer 42/2020 Archiwum

Katolik intensywny

Jarosław Kaczyński określił Andrzeja Dudę, kandydata na prezydenta, „katolikiem intensywnym”.

Pierwszy raz usłyszałem takie określenie. Spodobało mi się. Abstrahując od pana Dudy, można by pokusić się o jego doprecyzowanie. Katolik intensywny to ktoś, kto nie traktuje katolicyzmu jako trzeciorzędnego dodatku do swego życia osobistego (uroczysty ślub, chrzciny, pogrzeb), ale jako coś, co przenika całe jego życie i ma wpływ na różne wybory. Oczywiście, tego rodzaju postawa nie wyklucza trudności, błędów czy też upadków. Katolik intensywny traktuje na poważnie Boże i kościelne przykazania. Nie jest katolikiem „wybiórczym”, który tworzy sobie wiarę na własną modłę, tak jak mu wygodnie. Szczególnym przypadkiem jest sytuacja katolika, który jest politykiem. Czy zawodowy polityk może być katolikiem intensywnym? Może, a nawet powinien, choć wówczas narazi się na opluwanie w rodzaju: „fundamentalista”, „sługus Watykanu” itp. Uprawniony pluralizm politycznych opcji nie tylko nie podważa, ale uzasadnia to, że polityk-katolik ma prawo odwoływać się bezpośrednio do chrześcijańskiej nauki moralnej i społecznej. Tak jak polityk-feministka ma prawo odwoływać się do przekonań feministycznych, a polityk-aktywista- -gej do ideologii gejowskiej. Polityk-katolik nie powinien jednak działać na zasadzie: wszystko albo nic. Chodzi o to, że w demokratycznych systemach zasadniczo trzeba zawierać kompromisy, by móc stanowić prawo. Katolik może zatem głosować za prawem, który jest niedoskonałe z punktu widzenia nauczania katolickiego, ale które jest lepsze niż to, co w danym momencie obowiązuje. Innymi słowy, można wybierać mniejsze zło, jeśli w przeciwnym przypadku grozi nam, że będzie panować zło większe. Słuchając Andrzeja Dudy, odnoszę wrażenie, że rozumie on te rozróżnienia i jest przygotowany do pełnienia najwyższych funkcji bez stawiania w nawias swego katolicyzmu. Nie można tego powiedzieć o Bronisławie Komorowskim, który siedzi w kościele w pierwszej ławce, przystępuje do Komunii, a potem stwierdza, że jest za in vitro, bo jest za życiem, i podpisuje genderową ustawę nawet bez próby zweryfikowania, czy jest zgodna z konstytucją. Nasuwa się pytanie: Czy jest to polityczny cynizm obliczony na zyskiwanie głosów, czy też po prostu elementarny brak rozumienia problemów?

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama