Nowy numer 5/2023 Archiwum

Kronika trudnego oswajania

– My cykali (czekaliśmy) na matkę, a przysła macocha – mówił o nowej Polsce Hosenberg z Lesin Wielkich (Groß Leschienen), mazurskiej wsi, położonej tuż przy granicy z Polską.

Styczeń 2015: Faryny 70 lat później

Od Rozóg do Faryn jedzie się teraz asfaltem. Przed wjazdem do wsi mija się najpierw ogrodzony nowym płotem, uporządkowany cmentarz ewangelicki, założony w XVII w., i nowy cmentarz. Za cmentarzami trzeba skręcić w lewo. Asfalt się kończy i zaczyna bruk. Nie został zalany asfaltem, bo uznano go za zabytek. W połowie stycznia 2015 roku wieś wygląda na wymarłą. – Zameldowanych jest u nas prawie 400 osób – mówi sołtys Helena Dąbkowska – ale tak naprawdę mieszka niewiele ponad 100. Reszta wyjechała za chlebem. Na co dzień żyje nam się trudno, ale ciekawie. Działa stowarzyszenie „Nasze jutro” oraz nieformalny klub seniora. Myślimy o tym, jak przywrócić życie zamkniętej z powodu braku uczniów szkole – dodaje. W Farynach zlikwidowano także aptekę, pocztę, przedszkole. Z czterech kursów autobusowych nie ostał się żaden.

We wsi pozostał tylko jeden rolnik, Jerzy Suchcicki. Gospodaruje na 25 ha i mówi, że zamierza dociągnąć tylko do emerytury. Ma wprawdzie dwóch synów, ale jeden został policjantem, a drugi, informatyk, też szykuje się do wyjazdu. Ojciec ostatniego rolnika w Farynach, 84-letni Antoni Suchcicki, osiedlił się tutaj w 1960 roku. Przez 10 lat pracował jako nauczyciel. Uczył polskiego, historii i geografii. Później przeszedł do pracy w energetyce w Dźwierzutach. – Pani, tu kiedyś było życie – wspomina. – 4 autobusy na dzień pełne ludzi. Rano matki prowadziły dzieci do przedszkola. Uczniowie z tornistrami szli do szkoły. Pola za domami były obsiane. Kury przy każdym domu. Ja z żoną hodowałem ponad 100 owiec.

Przed sklepem dwóch rosłych mężczyzn skrupulatnie przelicza bilon. Po wyglądzie nietrudno się domyślić, na co zamierzają przeznaczyć zebrany kapitał. Krzysztof Gibert, leśniczy z Faryn, mówi, że mimo bezrobocia niełatwo o ludzi do pracy. – Gmina Rozogi, w tym i Faryny, wyludnia się i starzeje – mówi wójt Zbigniew Kudrzycki. – Kilkanaście lat temu w samej tylko szkole podstawowej w Rozo- gach mieliśmy 300 uczniów. Teraz, mimo że doszli uczniowie z zamkniętych szkół w Spalinach i Farynach, szkoła w Rozogach ma raptem 190 uczniów. Problemem gminy jest wysokie bezrobocie. Ale są też pozytywy – powstają nowe domy, wszystkie wsie mają wodociągi. Wizytówką Rozóg jest dziś duży zakład stolarski, który wytwarza także meble, oraz zajazd Tusinek, laureat prestiżowych nagród, znany chyba wszystkim turystom jadącym na Mazury.

Urodzony w 1966 r. Ekard Gonsowski, najmłodszy syn Ottona i Irmgard, gospodaruje na odziedziczonym po rodzicach gospodarstwie. O sobie mówi tak samo jak ojciec: – Ja jestem Mazur, czyli Niemiec. Jego rodzice po wojnie nie wyjechali do Niemiec mimo różnych szykan. – Widać za słabo nas straszyli – żartował za życia Gonsowski senior. Jego syn, zgodnie z rodzinną tradycją ewangelik (wedle tej tradycji, jeśli małżeństwo było mieszane, synowie zostawali ewangelikami, a córki katoliczkami), prowadzi gospodarstwo tak, że ojciec byłby dumny. Ożenił się też z Mazurką, Anną. Mają dwoje dzieci: Angelikę i Martina. Imię syna to pamiątka po przodku Martinie Krechcie, urodzonym w 1862 r., który był górnikiem w Westfalii. Gdy praca pod ziemią mu dojadła, kupił w Lesinach ziemię, na której teraz gospodarzą w kolejnym pokoleniu Ekard i Anna. Mówią, że oni nigdy nie doświadczyli żadnych szykan ze strony nowych sąsiadów. Kiedyś spotkało to siostrę Ekarda, Christel, którą w latach 60. nauczyciel w szkole wyzwał od Szwabek. – Od lat jest już dobrze – mówią zgodnie młodzi Gonsowscy. – Teraz nawet pastor ze Szczytna przyjeżdża na lekcje religii do naszych dzieci, bo państwo dba o równość wyznań.
 

Relikty przeszłości

Niedaleko od dawnej granicy polsko-niemieckiej Jerzy Koźniewski wraz z kolegami prowadzi firmę „Starocia”. Jest to skład przeróżnych przedmiotów codziennego użytku, mebli, zdjęć, obrazów. Ze ściany spogląda namalowany w 1940 r. chłopiec w bawarskich spodenkach. W starym śpiewniku siedzą cicho nuty niemieckich pieśni. Z fotografii w ozdobnej ramce przygląda się im oficer Wehrmachtu. Na stole kawowy serwis z niemieckiej porcelany czeka na gości. Tylko klientów ani śladu. – Interes zaczął podupadać kilka lat temu – mówi właściciel. – Jeszcze w latach 90. bardzo dobrymi klientami byli dawniejsi mieszkańcy tych ziem, którzy z sentymentu kupowali rozmaite drobiazgi. Ich dzieci, a tym bardziej wnukowie, którzy zaglądają tu teraz, sentymentu nie mają.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy