Nowy numer 37/2021 Archiwum

Szyfr z nagrobka

Historia wielkiego lekarza. Najbardziej kochany przez hanysów gorol chyba w całej historii Górnego Śląska był... Niemcem. 150 lat temu w dziwnych okolicznościach stracił życie dr Juliusz Roger.

W latach 40. XIX wieku był to najbiedniejszy region państwa pruskiego. Głód przyszedł po katastrofalnych nieurodzajach, które powtarzały się między 1845 a 1848 rokiem.

W 1845 r. było tak mokro, że kartofle zgniły na polach przed wykopkami. Podobnie w 1847 r., gdy padało bez przerwy od sierpnia do połowy września i było przy tym koszmarnie zimno.

Górnoślązacy jedli grzyby, korzonki, perz, lebiodę, koniczynę, korę drzew. Jako pierwsze na rękach rodziców umierały małe dzieci, a potem także starsi.

Niestety, to jeszcze nie był koniec. W 1847 i 1848 r. wycieńczonych głodem ludzi zaatakował tyfus. W wielu wsiach zabił 20 proc. ludności. W powiecie pszczyńskim, który w 1846 r. liczył 69 758 tys. mieszkańców, tylko do końca 1847 r. z głodu umarło 907 osób, a 5970 na tyfus. Niedoszły benedyktyn Julius Roger oprócz rodziny książęcej za darmo leczył więc zarażonych tyfusem Ślązaków.

Chrząszcz rogeri

Lata głodu minęły, ale dr Roger jako Królewski Radca Sanitarny dalej przemierzał Śląsk, zwłaszcza między Rybnikiem, Raciborzem i Gliwicami. Odwiedzał ludzi w ich krytych słomą chatach.

- Był bardzo lubiany, bo leczył ludzi za darmo albo za gruszki czy kurę, a nie od razu za pieniądze - mówi Marek Szołtysek.

Juliusz nieraz też zostawiał biednym Ślązakom własne pieniądze. Wspierał materialnie sierociniec w Lyskach pod Rybnikiem, bo po „tyfusie głodowym” na Górnym Śląsku żyły tysiące dzieci bez rodziców.

- Gdyby nie pomagał ludziom, pewnie mógłby sobie jeździć na wypoczynek na przykład do Afryki Północnej. To już wtedy było modne i łatwe ze względu na nowo powstałą sieć kolejową - zaznacza Marek Szołtysek.

Doktorowi to nie wystarczało. W 1858 r. namówił księcia Wiktora, żeby z żoną Amalią ufundował nowy, murowany szpital w Rudach.

Jednocześnie zorganizował wśród swoich przyjaciół w całej Europie zbiórkę na rzecz... przyklasztornego szpitala w Pilchowicach pod Gliwicami. Zgromadził 7 tys. talarów i wzniósł za nie nowe skrzydło szpitala.

Ze swoich pieniędzy ustanowił tam fundusz na leczenie biednych. Do końca I wojny światowej stało tam nawet łóżko dla ubogiego pacjenta z porcelanową tabliczką: „Juliusz Roger”.

Wkrótce zaczął w Europie kolejną zbiórkę, tym razem na budowę nowoczesnego szpitala dla kobiet. Uznał, że najlepszym dla niego miejscem będzie Rybnik. Napisał setki listów do przyjaciół i do bogaczy. Z całego kontynentu znów zaczęły napływać hojne datki.

Swoje szpitale Roger organizował, korzystając ze wzorów angielskich. Niestety, nie doczekał ukończenia szpitala w Rybniku. Otwarto go cztery lata po jego śmierci, nadając mu oczywiście imię: „Juliusz”.

Do dzisiaj rybniczanie tak nazywają budynki między ulicami 3 Maja a Miejską, choć szpitala już tu nie ma. Teraz w „Juliuszu” działa m.in. szkoła zawodowa, prowadzona przez Izbę Rzemieślniczą.

Oprócz medycyny dr Roger miał też inne pasje. Był m.in. cenionym... entomologiem. Pisał rozprawy o mrówkach, odkrył i opisał na Śląsku ponad 400 gatunków chrząszczy.

Jeden z nich do dzisiaj nazywa się stenus rogeri. Na cześć Rogera nazwał go tak wielki naukowiec, słynny entomolog Gustaw Kraatz z Berlina.

W głowiczce porąbane kości

Czemu mieszkańcy Śląska tak pokochali dr. Rogera? Może dlatego, że ten wybitny intelektualista zachwycił się prostymi Ślązakami, ich językiem i ludową kulturą.

Dzięki romantyzmowi w Europie istniała pewna moda na zainteresowanie ludowością. Dr Roger szedł jednak pod prąd, bo w państwie pruskim dominowało przekonanie, że śląska odmiana języka polskiego to coś gorszego, właściwie nawet nie polski, tylko „wasserpolnisch”.

Ulegali temu sami Ślązacy, którym udało się zdobyć wykształcenie. Wielu z nich, wstydliwie, jak najszybciej zapominało o wyniesionej z domu „godce”, więc już ich dzieci ni w ząb nie umiały dogadać się z dziadkami...

Aż tu nagle pojawia się tu wysoko wykształcony Niemiec, który widzi w śląskości... wartość. Który „pieśniczki” śląskie uważa za bardziej poetyckie niż niemieckie. W dzienniku dr Roger zanotował, że ludowe pieśni niemieckie są jakieś szare i sztywne, a tam, gdzie wypowiadają uczucia, na przemian ckliwe lub brutalne.

Doktor Roger prosił Ślązaczki, żeby mu śpiewały, a potem zapisywał ich „pieśniczki”. Gdyby nie ten Niemiec, pieśni te zupełnie by zaginęły.

W 1863 r. zamieścił aż 546 spisanych przez siebie śląskich pieśni ludowych w książce „Pieśni Ludu Polskiego w Górnym Szląsku”. Napisał do wydawcy, żeby na karcie tytułowej podpisał go po polsku: „Juliusz Roger” - a nie Julius.

Niektóre z „pieśniczek” opowiadają o Ślązakach na wojnach „z Francuzym”, czyli... napoleońskich! Do dzisiaj dreszcz przechodzi, kiedy czyta się po śląsku piosenkę z powiatu rybnickiego o stojących przed sobą w linii wojskach, o składających do strzału swoje „giwery” przeciwnikach.

I o pierwszej kuli powalającej dobosza, który jako jedyny z oddziału „nie przepraszał się na śmierć” z kolegami, twierdząc, że nie zginie...

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama