Nowy numer 43/2020 Archiwum

Człowiek w bólu się rodzi

O porodach, bólu i radości oraz jak rodził się Jezus w betlejemską noc z siostrą ginekolog Augustyną Milej

Joanna Bątkiewicz-Brożek: Na oddziale Siostra jest w habicie czy w fartuchu?

Siostra Augustyna: W habicie i welonie! Ale na biało.
 

Jak pacjentki reagują na siostrę ginekolog?

Różnie. Ale gdy pierwszy raz miałam przyjść do pracy w szpitalu w Rydułtowach, ponoć panie na sali zastanawiały się, jak będę ubrana. (śmiech) I jak zobaczyły mnie w bieli, były mocno zdziwione.
 

A jak Siostrę traktuje środowisko lekarzy? Z przymrużeniem oka: to ta w habicie, od kościółkowej naprotechnologii?

Różnie. Moi koledzy się cieszą, że nie mam dzieci i biorę dyżury. Ale bywa, że jestem izolowana. Pamiętam, jak na jednym kursie ginekologów w hotelu dostałam dwuosobowy pokój. Czekam na współlokatorkę – myślę: nie wskakuję w piżamę, bo nie będzie widać, że zakonnica. Wreszcie wchodzi pani doktor. Zamarła z wrażenia: „Ale ja jestem niewierząca” – wykrztusiła. – „Ja jestem wierząca” – odpowiedziałam.

Pani doktor pokręciła się chwilę, wzięła walizkę: „To ja idę zobaczyć do kolegi, czy tam księdza nie dostał”. Podczas posiłków widziałam zdziwienie w jej oczach, że ze mną ktokolwiek rozmawia…
 

Ale na samej porodówce już jest chyba inaczej…

Na sali porodowej pacjentki, nawet niewierzące, przyjmują moją obecność jak błogosławieństwo. Poza tym w takich miejscach ludzie łatwo się modlą. Być może strach dyktuje tu taką postawę – niepewność, jaki będzie finał, lęk, czy dziecko będzie zdrowe.
 

Siostra zakonna została ginekologiem czy na odwrót – ginekolog został zakonnicą?

Ja jestem stara zakonnica, a młody lekarz. (śmiech) Charyzmatem Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Karola Boromeusza jest opieka nad chorymi. W czasach komunistycznych zabrano nam wiele placówek. Ale jak runął mur berliński, pojawił się głosy, że zwrócą nam budynek szpitalny w Mikołowie i potrzeba będzie wyszkolonej kadry. Ówczesna matka generalna wysłała mnie na studia do Rzymu.

Tak po prostu dostała Siostra polecenie: będziesz ginekologiem. 

Taki pomysł miał widać Pan Jezus. (śmiech) Gorsze było to, że nie znałam ani słowa po włosku, a studiować miałam medycynę na Uniwersytecie Sacro Cuore w Rzymie.
 

I co?

Tydzień płakałam, ale szybko znalazłam się w Rzymie. Mieszkałam w akademiku przy Poliklinice Gemelli. Mieliśmy fajną pakę na piętrze, 17 osób. Po 22 zwykle rozdzwaniały się telefony, bo we Włoszech o tej porze było taniej. Łapałam język, odbierając te telefony i słuchając rozmów. Ale najszybciej uczyłam się w kuchni. Niestety, jak się okazało, również zbyt kuchennego języka. (śmiech) Raz pamiętam, relacjonowałam, co ktoś chciał przekazać przez telefon. Nie będę cytować, ale wyparzyłam z takim sformułowaniem, że zapadło milczenie. Usłyszałam: „Non e da suora”, czyli „zakonnica takich słów nie używa”…
 

Zakonnice w akademiku mieszkały?

Może nas to dziwić, bo u nas szkolnictwo katolickie nadal uważane jest za elitarne. We Włoszech od dekad jest normą, że zakony, zgromadzenia prowadzą uczelnie, szkoły, akademiki. Klinikę Gemelli w Rzymie, jedną z największych we Włoszech, i kliniki w San Giovanni Rotondo założył przecież o. Agostino Gemelli. Franciszkanin chciał, by pacjenci w tej klinice nie tylko byli leczeni przez wybitnych specjalistów, ale by towarzyszyła temu troska o potrzeby duchowe człowieka.
 

Pierwszy poród odebrała Siostra w Gemelli?

Tam doświadczyłam piękna narodzin człowieka. Choć każdy poród to jest cud. W Gemelli przyjście na świat dziecka było świętem także dla każdej osoby z personelu. Jeśli rodziło się dziecko, każdy, kto wchodził na blok porodowy, wołał spontanicznie w stronę matki: „Auguri!”, co znaczy „Gratulacje! Najlepsze życzenia!”. A ja dodawałam: Boże, jak dobrze!
 

A modli się Siostra za dzieci, które rodzą się przy niej?

Modlę się! Jak mnie wzywają na porodówkę, to biegnąc, modlę się: Jezu, rób, co chcesz, ale ma być dobrze! Jednak w trakcie porodu nie zaczynam w myślach odmawiać „Zdrowaś, Maryjo”, lecz zabieram się do roboty, działam jak lekarz: leki, kroplówki, oddechy. Ale doświadczam potrzeby modlitwy na bloku porodowym.

Czasami nie wszystko kończy się dobrze…
 

To chyba najtrudniejsze chwile, kiedy zamiast pierwszego krzyku na bloku porodowym zalega cisza…

Urodzenie martwego dziecka to zawsze jest głęboki ból. Pytam Pana Boga: dlaczego? Moja obecność, habit, często niesie ulgę w takiej sytuacji. Ale mówię rodzicom: możecie i macie prawo wymagać od Boga odpowiedzi na pytanie: dlaczego? On wam jej udzieli. Trzeba domagać się od Boga tej odpowiedzi

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama