Nowy numer 48/2020 Archiwum

Zapomniani

W stanie wojennym poświęcili swoją pracę, karierę, spokój, życie prywatne, a nierzadko wolność dla sprawy Solidarności. Zmieniali historię, ale ona nie była dla nich łaskawa. W wolnym państwie nie świętują, lecz biedują.

 Osytuacji Teresy dowiedziałem się przypadkowo. Okazało się, że od ponad roku jest bez środków do życia, chora, z trudnością wiąże koniec z końcem. Po raz pierwszy usłyszałem o niej jesienią 1983 roku, kiedy nastąpiła wpadka podziemnych struktur na Podbeskidziu. W krótkim czasie zatrzymano i aresztowano ponad sto osób. Część z nich szybko wyszła, ale kilkadziesiąt zostało w areszcie. Teresa, która prowadziła konspiracyjną księgowość oraz pomagała wydawać biuletyn związkowy, w śledztwie zachowała się niezwykle dzielnie. Obciążyły ją jednak zeznania innych. Po ośmiu miesiącach spędzonych w areszcie śledczym zachorowała. Udało się ją wyciągnąć, m.in. dzięki interwencji biskupa katowickiego Herberta Bednorza. Do macierzystego zakładu wrócić jednak nie mogła. Pomagała dalej innym, a po 1989 r. wróciła do pracy zawodowej. Przed dwoma laty przeżyła głębokie załamanie, wręcz depresję. Została zwolniona, nawet odprawy nie otrzymała. Później sobie dorabiała, aż w końcu choroba ją zmogła. Na szczęście w Fundacji Wdzięczności bez zbędnej biurokracji udało się załatwić jednorazową zapomogę. Jej biogram był w bazie „Encyklopedii Solidarności” nie było więc problemu ze zweryfikowaniem wszystkich danych. Dzięki temu może spokojniej czekać na święta i zacząć się leczyć.

Zapomniani

– W takiej sytuacji jak Teresa jest wielu działaczy z solidarnościowego podziemia, mówi Weronika Rudnicka, pracująca społecznie w Fundacji Wdzięczności. Po 1989 r. udawało się im jakoś ułożyć życie w nowych warunkach, ale gdy przychodziła choroba bądź wypadek albo inne nieszczęście, zaczynał się dramat. Na rynku pracy przegrywali z młodszymi, lepiej wykształconymi, bardziej obrotnymi. Działalność w podziemnej drukarni czy w kolportażu w niektórych przypadkach jest przez ZUS zaliczana, ale nie wszystkim i nie wszyscy o tym wiedzą. Ponieważ to ludzie dumni, gdy dopadła ich bieda, wstyd im było prosić o pomoc. Zamykali się w kręgu samotności i bezradności.

Do nas w ich imieniu zwracali się ich koledzy, opowiada Rudnicka. Zawiodły także struktury NSZZ „Solidarność”, które wprawdzie organizują jakieś akcje doraźne, ale nie zdołały stworzyć jednego, ogólnopolskiego systemu pomocy dla byłych działaczy ruchu, którzy dzisiaj są w potrzebie. – Prawda jest taka – mówi Przemysław Miśkiewicz, prezes Fundacji Wdzięczności – że jako państwo nie stanęliśmy na wysokości zadania. Ci zapomniani kombatanci zmagań z komuną nikomu się nie skarżą, jak skazany w stanie wojennym na 5 lat Edward Rewiński z Bytomia, który później kontynuował działalność w podziemiu do 1989 roku. Dzisiaj jest bez środków do życia, a dach nad głową znalazł w przytułku Brata Alberta. On i jemu podobni nie oczekują pomocy i często są zażenowani, że jakąkolwiek otrzymują. Ten stan skłonił prezesa IPN Łukasza Kamińskiego do tego, aby rozpocząć oddolną akcję organizowania pomocy. – Pracując przy Encyklopedii Solidarności – wspomina – byłem wstrząśnięty nie tylko skalą zapomnienia wielu, niezwykle niegdyś zasłużonych działaczy, ale także rozmiarami biedy, w jakiej pogrążali się od wielu lat, praktycznie bez żadnej pomocy. W 150. rocznicę wybuchu powstania styczniowego zaprosił do Warszawy na spotkanie środowiska, które zajmowały się już organizacją pomocy dla działaczy solidarnościowego podziemia, znajdujących się w potrzebie.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama