Nowy numer 29/2019 Archiwum

Edukacyjne nieposłuszeństwo

Uratowaliśmy polską historię, czas na literaturę ojczystą. Szkoła tego za nas nie zrobi.

Niestety w szkołach czyta się coraz mniej i nikt nie pali się, by to zmienić. Rośnie za to w siłę lobby na rzecz zastępowania „anachronicznych” lektur współczesną literaturą popularną. Arcydzieła – jak w PRL, choć z zupełnie innych powodów – schodzą do podziemia. Są czytane w małych grupach, po domach, w klubach lub w ramach protestu, publicznie (tak niedawno było z „Panem Tadeuszem”). Doszło do tego, że badania literackie związane z polskim kanonem trzeba finansować z prywatnych środków, bo publiczne granty idą na wspieranie literackich prowokacji lub zwalczanie „szkodliwych stereotypów”. – Mamy do czynienia z systemowym wykluczeniem edukacyjnym – ostrzega prof. Andrzej Waśko, polonista, prezes powołanej niedawno Fundacji im. Maurycego Mochnackiego.

Akcja z podtekstem

Ministerstwo Edukacji Narodowej ruszyło właśnie z akcją wspólnego wybierania lektur dla uczniów szkół podstawowych. Teoretycznie chodzi o niewinną i w dodatku jakże potrzebną promocję czytelnictwa. Wiadomo bowiem, że młodzież generalnie od książek stroni. Sęk w tym, że jest to akcja z wyraźnym podtekstem. W szkole podstawowej praktycznie nie istnieje już żaden kanon lektur. Nauczyciel ma wolną rękę w ich wyborze, bo na tym poziomie chodzi głównie o wyrobienie nawyku czytania. Nic zatem nie stoi na przeszkodzie, by na lekcjach przerabiane były „książki naszych marzeń” (jak głosi hasło akcji MEN). Gdzie zatem drugie dno? Otóż efektem całego przedsięwzięcia będzie nie tyle lista pozytywna, co negatywna. Już są wskazywane tytuły (oczywiście nie przez urzędników, ale rodziców i uczniów), które powinny z polskich szkół zniknąć, bo są „niezrozumiałe, nieatrakcyjne i nudne”.

Okazuje się, że książki mają termin przydatności do spożycia, a ten np. w przypadku „Szatana z siódmej klasy” (1937) dawno minął. „Gazeta Wyborcza” przywołuje w tym kontekście raport wrocławskiej fundacji Punkt Widzenia, która alarmuje, że „w lekturach szkolnych brakuje demokracji, a nierówność płciowa jest bardzo duża”. Jako negatywny przykład wskazywana jest powieść „W pustyni i w puszczy”, gdzie chłopiec (Staś Tarkowski) „jawi się jako nadczłowiek”. Dziewczynki generalnie przedstawiane są w książkach dla młodzieży „jako bierne i koniecznie ładne”. Problem nie jest bynajmniej błahy, bo – jak alarmują twórcy raportu – „bierność kobiet łączy się z przyzwoleniem na przemoc wobec nich”.

Po co nam język polski?

Można oczywiście cytowany raport potraktować z uśmiechem politowania, ale to nie są żarty. Nie mamy co prawda (jeszcze) do czynienia z układaniem listy lektur zakazanych, a sama akcja ma być jedynie „sugestią” wobec nauczycieli. Tym niemniej przekaz jest jasny i spójny z „duchem reformy” nauczania języka polskiego w szkole, nie tylko podstawowej. Ze względu na „trudny język”, „niezrozumiałość” i „anachroniczny kontekst” sukcesywnie znikają kolejne pozycje z kanonu, bez którego jeszcze niedawno trudno było sobie wyobrazić kulturalną edukację w Polsce.

Nauczanie języka polskiego nastawione jest dziś w szkole wyłącznie na kształcenie praktycznych zdolności. W podstawówce ambicje programów nie sięgają ponad czytanie ze zrozumieniem, w gimnazjum sprawdza się umiejętność konstruowania tekstów użytkowych, a w liceum autoprezentacji. Kwestie tożsamości i dziedzictwa kulturowego są sukcesywnie marginalizowane. By nie sięgać po analogie z czasów zaborów, można wspomnieć łagodniej o panującym dziś rynkowym modelu edukacji. W programie wyborczym urzędującego prezydenta Krakowa, kulturalnej stolicy Polski, znalazło się wprowadzenie do szkół podstawowych pięciu godzin w tygodniu nauki języka angielskiego. A co z polskim? – Historia literatury była kilkadziesiąt lat temu najważniejszą dziedziną humanistyki, a bieżące życie literackie toczyło się w żywym dialogu z tradycją, której znajomość należała do kanonu wykształcenia polskiego inteligenta. Dziś treścią reform nauczania jest skracanie listy lektur i nastawienie na testy. Niewiele przesady byłoby w stwierdzeniu, że kultura literacka powoli staje się w naszym społeczeństwie zjawiskiem niszowym – ubolewa prof. Andrzej Waśko.

Tropem historyków

Dwa lata temu doszło do wydarzenia bez precedensu: głodówki dawnych opozycjonistów w Krakowie prowadzonej w obronie… nauczania historii w szkołach. – Jest mi przykro, że musiało dojść do takiego protestu w państwie demokratycznym. To nie był bunt nierozważny, bez celu, oni walczą o duszę narodu – komentował kard. Stanisław Dziwisz. Wokół głodujących zawiązało się wówczas coś w rodzaju konfederacji. Uchwałę wspierającą ich postulaty podjęła rada naukowa Instytutu Historii UJ, a setki osób wyrażało poparcie dla głodujących na stronie protest.ehistoria.org.pl. W efekcie z inicjatywy prezydenta RP doszło do spotkania historyków z ówczesną minister edukacji narodowej. Choć reformy programowej nie udało się zatrzymać, to jednak nauczanie tego przedmiotu przestało być jedynie sprawą wewnątrzszkolną. Zmienił się klimat wokół historii ojczystej.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji