Nowy numer 2/2021 Archiwum

Bóg i niezawinione cierpienie

Bóg nigdy nie zgadza się na grzech, ani nie dopuszcza grzechu.

Jednym z najważniejszych pytań, jakie stawia sobie człowiek wierzący w Boga, jest pytanie o genezę zła i cierpienia, a zwłaszcza o pochodzenie cierpienia niezawinionego. Takie pytanie stawiał sobie biblijny Hiob, który wiedział, że nie zawinił swojej tragicznej sytuacji. To oczywiste, że żadne zło - fizyczne, moralne czy duchowe - nie pochodzi od Boga, który jest miłością. Mimo to w Biblii w wielu miejscach jest mowa o tym, że Bóg dopuszcza niezawinione cierpienie, a nawet uznaje je za coś dobrego. Św. Piotr stwierdza, że „lepiej - jeżeli taka wola Boga - cierpieć dobrze czyniąc, aniżeli czyniąc źle” (1 P, 3, 17). Na tej ziemi raczej nigdy nie odpowiemy ostatecznie i wyczerpująco na pytanie o niezawinione cierpienie. Możemy natomiast wskazać istotne w tym względzie prawdy, które rzucają światło na źródła zła oraz na pytanie o to, czy Bóg dopuszcza cierpienie niewinnych ludzi.

Cierpienie i grzech

Łatwo dostrzec, że cierpienie jest zwykle konsekwencją tego, iż człowiek nie słucha Boga i nie kieruje się Jego przykazaniami. W większości sytuacji za niewinnym cierpieniem jednego człowieka kryje się wina czy grzech drugiego człowieka. W starożytności ludzie nie uświadamiali sobie tak wyraźnie, jak my, związku między grzechami jednych ludzi a niezawinionym cierpieniem ich ofiar. Nie zdawali sobie jasno sprawy, że nie tylko przemoc i wojny, ale też kataklizmy przyrody w jakimś stopniu zawinione są przez człowieka, jeśli ten nie kieruje się miłością do Boga i Jego stworzeń. Dopiero wtedy, gdy w Jezusie Chrystusie Bóg Ojciec do końca objawił swoją miłość, mogliśmy odkryć, że jedyne, co Stwórca zsyła nam od siebie to prawda, miłość i radość. Wcielony Syn Boży całkowicie zaskoczył nas miłością do końca, gdy pozwolił przybić się do krzyża. Bóg dopuścił do tego, by zły człowiek wyrządził Mu największe zło w historii ludzkości i by zadał Mu najbardziej niezawinione cierpienie. Odtąd już wiemy, że to nie Bóg zsyła krzyż człowiekowi. To człowiek obarczył krzyżem Wcielonego Boga. Po swoim zmartwychwstaniu Syn Boży upewnia nas o tym, że pragnie być ostatnim ukrzyżowanym. Chce, byśmy z Jego pomocą uczyli się kochać tak, jak On pierwszy nas pokochał – w sposób wierny i ofiarny aż do krzyża, bo wtedy Jego radość będzie w nas i będzie pełna (por. J 15, 11).

Krzywdziciele i krzywdzeni

Gdy ktoś z ludzi - którzy grzeszą zamiast kochać - krzywdzi nas i zadaje nam niezawinione przez nas cierpienie, to nie dlatego, że Bóg takie zachowanie dopuszcza, lecz dlatego, że tenże człowiek nie słucha Boga. Synowie Józefa, najmłodszego syna Jakuba, nie konsultowali się z Bogiem i nie pytali Go, czy dopuszcza, by zabili brata lub by sprzedali go do niewoli. Podobnie syn marnotrawny z przypowieści Jezusa nie konsultował się z ojcem co do swojego odejścia. Bóg nigdy nie zgadza się na grzech, ani nie dopuszcza grzechu. Przeciwnie, czyni wszystko – aż do oddania za nas życia w swoim Synu – byśmy się nawrócili i byśmy już nie krzywdzili ani samych siebie, ani bliźnich. Nikt nie otrzymuje od Boga zgody na czynienie zła, na wyrządzanie krzywdy, na zadawanie komuś niezawinionego cierpienia. Poza wyjątkami w postaci cudów, Bóg nie anuluje konsekwencji złych czynów, których dopuszczają się ci, którzy Go nie słuchają. Widząc skutki wyrządzanego przez siebie zła, krzywdziciel ma bowiem szansę zastanowić się i nawrócić, bo Bóg pragnie, by nikt z ludzi nie cierpiał „jako zabójca albo złodziej, albo złoczyńca” (1 P, 4, 15).

Zwyczajna droga świętości

Pozostaje otwarte pytanie o to, czy w szczególnych przypadkach Bóg, który nie dopuszcza grzechu, może dopuszczać niezawinione cierpienie szlachetnych ludzi? Zwyczajną drogą rozwoju i zbawienia, którą proponuje nam Bóg, jest doświadczanie Jego miłości. Podobnie kochający małżonek czy rodzic czyni wszystko, by nie dopuścić do tego, aby ktoś z jego bliskich został przez kogoś skrzywdzony i cierpiał niewinnie, lecz by rozwijał się w oparciu o doświadczenie miłości i radości. Bóg pragnie, by każdy z nas szedł drogą błogosławieństwa i życia. Stwórca chce, by każdy z nas długo żył w doczesności i by mu się także na tej ziemi dobrze powodziło (por. IV przykazanie).  Gdy rozmawiam z ludźmi, którzy twierdzą, że Bóg dopuszcza krzywdy i niezawinione cierpienia, które są ich udziałem, to przy bliższej analizie okazuje się, że ludzie ci wiedzą, iż Bóg stanowczo sprzeciwia się każdej formie zła i krzywdy – swoją miłością aż do krzyża, demaskowaniem krzywdzicieli, wzywaniem ich do nawrócenia, stawaniem zawsze po stronie krzywdzonych. Dla większości ludzi wierzących twierdzenie, że Bóg dopuszcza zło czy krzywdę, oznacza, że czują się oni kochani i wspierani przez Boga także wtedy, gdy ktoś ich krzywdzi i gdy niewinnie cierpią. Wiedzą, że także wtedy Bóg jest po ich stronie, że ich nie opuścił ani o nich nie zapomniał, że pomaga im, by się bronili przed krzywdą bez ulegania pokusie zemsty i by wytrwali w Jego miłości.

Droga prorocka

Są takie - raczej rzadkie - sytuacje, w których można powiedzieć, że Bóg dopuścił na kogoś niewinne cierpienie, a nawet o to cierpienie prosił. W taki właśnie sposób można rozumieć stygmaty św. O. Pio, który w swoich pismach wyjaśnia, że nie prosił Jezusa o tę formę cierpienia. Zostało mu ono dane. Wiedział, dlaczego każdego tygodnia najbardziej krwawił i cierpiał od czwartku wieczorem do niedzielnego świtu. Zdawał sobie też sprawę z tego, że jego - widoczne nawet zewnętrznie - współcierpienie z Jezusem będzie powodem do umocnienia wiary czy do nawrócenia dla wielu. Podobnie z pism św. Siostry Faustyny wiemy, że Bóg prosił ją o przyjęcie cierpienia z rąk osób, które wyrządzały jej krzywdę. Niezawinione, nieraz skrajnie bolesne cierpienie było udziałem tych, których Bóg posyłał i posyła jako swoich szczególnych świadków – począwszy od proroków i wielkich mistyków, a skończywszy na ludziach nam współczesnych, jak bł. ks. Jerzy Popiełuszko czy św. Jan Paweł II. Można zaryzykować tezę, że Bóg dopuszcza niezawinione cierpienie u tych ludzi, którzy są wyjątkowo mocno z Nim zjednoczeni, którzy są wyjątkowo dojrzali duchowo i którzy są Jego wyjątkowo wiernymi świadkami.

Miłość i cierpienie

Po grzechu pierworodnym nie tylko ludzie grzeszni, ale także ludzie szlachetni i święci nie unikną cierpienia, chociaż w ich przypadku będzie to cierpienie niezawinione. Takie cierpienie wynika z faktu, że na tej ziemi przychodzi nam kochać ludzi niedoskonałych i że sami jesteśmy niedoskonali w naszej miłości. Czasem nie potrafimy ustrzec od popadania w kryzys i grzechy nawet tych, których najbardziej kochamy. Jeśli jednak trwamy w miłości do nich za cenę wielkiego nawet i niezawinionego cierpienia, to niektórzy z błądzących mogą się tym szybciej zastanowić i zmienić – jak syn marnotrawny, który był kochany przez współcierpiącego z nim ojca. Najbardziej czytelna dla osób błądzących i grzeszących jest nasza miłość wtedy, gdy za tę miłość płacimy bolesną cenę niezawinionego cierpienia. Wtedy stajemy się podobni do Jezusa, który przemienia nas najbardziej swoją ukrzyżowaną miłością. „Zatem również ci, którzy cierpią zgodnie z wolą Bożą, niech dobrze czyniąc, wiernemu Stwórcy oddają swe dusze” (1 P 4,19).

 

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama