Nowy numer 3/2021 Archiwum

Gra w tożsamość

Źle wybrany zawód nie jest aż tak wielką tragedią jak zaburzona identyfikacja z własną płcią, gdy dramat dotyczy małżeństwa, rodziny i gotowości rodziców do posiadania dzieci.

Każde kolejne doniesienie o wątpliwościach towarzyszących ratyfikacji przez polski sejm Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej sprawia, że wracam pamięcią do sztuki „Boska!” Petera Quiltera, ze znakomitą Krystyną Jandą w roli głównej. W Teatrze Polonia przedstawienie reżyserował Andrzej Domagalik, a dzięki Teatrowi Telewizji mogły je zobaczyć w 2011 roku miliony Polaków. Dlaczego sejmowe przepychanki wokół ratyfikacji przyjętej w 2012 roku przez rząd D. Tuska konwencji kierują moją uwagę w stronę spektaklu, który nie ma z przemocą wobec kobiet nic wspólnego? Ano dlatego, że bohaterka „Boskiej” miała bardzo poważny problem z własną tożsamością.

Mimo braku talentu wokalnego postanowiła „być sopranistką” i uprawiać ten zawód na scenach wielu sal koncertowych, ze sławną Carnegie Hall włącznie. Ta historia wydarzyła się naprawdę, Florence Foster Jenkins żyła w Stanach Zjednoczonych w latach 1868–1944. Urodzona w zamożnej rodzinie, pobierała w dzieciństwie lekcje muzyki i nie wierzyła ojcu, gdy ten odradzał jej dalsze studia śpiewu operowego za granicą. Po jego śmierci odziedziczyła duży spadek i przeznaczyła go na edukację muzyczną w Filadelfii i Nowym Jorku, a potem na sponsorowanie własnej kariery „wielkiej sopranistki”. Początkowo swoje recitale finansowała z fortuny odziedziczonej po ojcu, a potem z kolejnego spadku – po matce. Miała publiczność, która tłumnie wypełniała sale koncertowe, ale nie dlatego, że Florence Foster Jenkins pięknie śpiewała, lecz dlatego, że jej łamiący się głos i częste gubienie rytmu dostarczały widzom nietypowej i mało godziwej rozrywki.

Florence Foster Jenkins wierzyła w swoją wielkość i nie przeszkadzały jej w tym ani śmiech publiczności, ani krytyczne recenzje fachowców. To zazdrość – mówiła – „ludzie mogą mówić, że nie potrafię śpiewać, ale nikt nie może nigdy powiedzieć, że nie śpiewałam”. Miała też swoich licznych wielbicieli – klubowiczów i klubowiczki, którym rozdawała darmowe bilety na swoje koncerty. Odziedziczone po rodzicach wielkie pieniądze sprawiły, że jej „wolny” wybór tożsamości – jestem, kim chcę być, a chcę być wybitną sopranistką – był „realizowalny”, pomimo kiepskiego głosu, słuchu i poczucia rytmu. Boska Florence miała prawo wybrać tożsamość sopranistki, mimo iż śpiewała dość kiepsko. W wolnym kraju wolny obywatel może dokonać takiego wyboru. Miała też prawo organizować własne koncerty, bo było ją stać na wynajmowanie sal i rozdawanie darmowych biletów. Ale czy boska Florence miała prawo domagać się od krytyków muzycznych pozytywnych recenzji? Mogła próbować korumpować recenzentów, płacąc im za peany na swój temat. Mogła używać tłumów wielbicieli – klubowiczów – do wywierania presji na ich opinie. Ale czy miała prawo narzucać swoją „tożsamość sopranistki” niezależnym, nieskorumpowanym i wybitnym profesjonalistom, którzy słyszeli(!), że fałszuje i gubi rytm?

Spróbujmy przenieść to autentyczne doświadczenie tożsamości wybranej wbrew posiadanym predyspozycjom do sfery, którą próbuje prawnie uregulować Konwencja Rady Europy, a więc do sfery tożsamości płciowej. Nietrudno wyobrazić sobie w dzisiejszej Polsce mężczyznę, który przez lata pełnił rolę ojca i męża, po czym odkrył swoją nową, kobiecą tożsamość. Miał i ma do tego prawo. Ma także w wolnym kraju prawo używać zewnętrznych atrybutów kobiecości (sukienki, fryzury, styl bycia) dla realizacji tej nowej tożsamości. Ale od „profesjonalnych recenzentów”, w tym przypadku kobiety, które urodziły i wykarmiły piersią swoje dzieci, nie może domagać się, by tę jego nową tożsamość uznały za kobiecość. One wiedzą, że fałszuje.

Itak boska Florence doprowadziła nas do Konwencji Rady Europy przeciwko przemocy wobec kobiet i przemocy w rodzinie. W opublikowanym na stronach BiP Rady Ministrów wniosku o jej ratyfikację wraz z polską wersją treści tej konwencji, z 5 sierpnia 2013 roku, kluczowe są trzy fragmenty. Pierwszy to definicja „płci społeczno-kulturowej”, w art. 3 c, która „oznacza społecznie skonstruowane role, zachowania, działania i atrybuty, które dane społeczeństwo uznaje za odpowiednie dla kobiet i mężczyzn”. Drugi to art. 12, który zobowiązuje strony, że „podejmą działania niezbędne, by promować zmianę społecznych i kulturowych wzorów zachowań kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz innych praktyk opartych na idei niższości kobiet lub na stereotypowych rolach kobiet i mężczyzn”. I trzeci, (art.66) powołujący grupę ekspertów ds. przeciwdziałania przemocy GREVIO, której zadaniem „jest czuwanie nad wdrażaniem przez Strony niniejszej konwencji”.

Wracając do przykładu boskiej Florence, przyjęcie takiego sposobu rozumowania pozwala nam odrzucić wszystkie „tradycyjne i stereotypowe” kanony, także te, które w świecie muzyki dyskryminują osoby, które wbrew predyspozycjom wybrały tożsamość „wielkich sopranistek”. A protestujących „muzycznych krytyków” do porządku przywoływać będzie grono „wybitnych ekspertów” ds. przeciwdziałania…etc. Tyle że źle wybrany zawód nie jest aż tak wielką tragedią, jak zaburzona identyfikacja z własną płcią, gdy dramat dotyczy małżeństwa, rodziny i gotowości rodziców do posiadania dzieci. Konwencja Rady Europy promuje jedną z najbardziej niebezpiecznych gier – „grę w tożsamość płciową” kobiet i mężczyzn.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama