Nowy numer 48/2020 Archiwum

Cysterskie tajemnice

Tajemne przejścia, skrytki na skarby - tego wszystkiego można dotknąć podczas wycieczki śladami budowniczych bazyliki.

Grupa nie może być zbyt duża. 10 osób to optymalna liczba. Przewodnikowi łatwo przypilnować zwiedzających, kiedy idą wąskimi, zakurzonymi przejściami. Czy warto wspinać się po wąskich, barokowych schodkach, znosić saharyjski upał pod dachem bazyliki albo egipskie ciemności w wilgotnych podziemiach? Warto, szczególnie gdy można z góry obejrzeć sklepienia sanktuarium.

Geniusz cysterskich budowniczych widoczny jest w gęstym labiryncie belek podtrzymujących gigantyczny dach bazyliki. Żadna z nich nie wspiera się na sklepieniu. – Ten system opracowano bez użycia komputerów, a nawet one nie zrobiłyby tego lepiej – mówi Krystian Michalik, przewodnik po krzeszowskim założeniu. Przypomina, że to wszystko, co widzimy i jeszcze zobaczymy – zbudowano w siedem lat. „Niemożliwe!” – chciałoby się powiedzieć, gdyby nie to, że właśnie stoimy na tym niemożliwym. Samonośne kopuły, budzące zachwyt w obserwatorze oglądającym je z dołu, z nawy głównej, budowano równolegle z tymi w kościele św. Jana w Legnicy. Kiedy katastrofa przerwała prace u franciszkanów, cystersi w Krzeszowie wprowadzili poprawki do swoich planów.

Z przegrzanego lipcowym słońcem strychu wycieczka schodzi stromymi, krętymi schodkami w dół, by zaraz znowu piąć się w górę. Tym razem po drewnianych stopniach. Po drodze wydrapane w tynku dziesiątki napisów „tu byłem” sprzed setek lat oraz projekt wież kościoła brackiego. Wież, których nigdy nie zbudowano. Do samej świątyni św. Józefa wchodzimy jakby zaskoczeni, że to tu. W ołtarzu bocznym zaglądamy pod wiecznie zakrytą serwetę. Pod nią portatyl na relikwie. Na desce wyskrobane barokowym ołówkiem napisy. I znowu wspinaczka do wież bazyliki. Mechanizm zegarowy, wielki jak ciężarówka i tak misterny w swoich delikatnych kółkach i zębatkach, że wszyscy milkniemy na chwilę, wpatrzeni. Znowu schodzimy niżej. – Proszę utrzymać równowagę i nie chwytać za tę linę. Jest od dzwonu pogrzebowego – ostrzega przewodnik. Udało się nie zadzwonić.

Idziemy dalej, do nawy głównej sanktuarium. Potem w lewo, wprost do drzwi kaplicy Loretańskiej. Tych drzwi „na niby”, w odróżnieniu od tych prawdziwych. Po otwarciu jednego skrzydła wąskie schodki prowadzą na górę. A tam – owalna dziura w podłodze. – Tu w razie jakiegoś zagrożenia cystersi chowali najcenniejsze skarby – wyjaśnia Krystian. Zaglądamy z ciekawością – pusto. Z bazyliki idziemy wzdłuż budynków klasztornych, zajmowanych teraz przez benedyktynki. Po drodze mijamy najstarszą, gotycką część i fundamenty, wysadzone w powietrze przez Prusaków. Z tyłu budynku schodzimy do piwnicy. Jest ciemnawo. Znowu, jak na poddaszu, przydają się latarki i kaski ochronne. Wewnątrz stoły, okna, drabiny, ule, butelki, sprzęt rolniczy. To składzik urządzony w latach 20. ub. wieku. Do dziś nikt tu niczego nie rusza. Na jednym z uli karteczka z notatkami jakiegoś fratra. Opodal – skrzynie. – Jak je pierwszy raz zobaczyliśmy, krzyknęliśmy: coś z Berlinki! Niestety, nie tym razem... – wspomina przewodnik, nawiązując do skrzyń z Pruskiej Biblioteki Państwowej, zwiezionych do Krzeszowa pod koniec wojny.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama