Nowy numer 38/2021 Archiwum

Zlecenie na profesora

Analiza „Projektu wystąpienia pokontrolnego...”, na podstawie którego prezydent Warszawy wyrzuciła z pracy prof. Chazana, pozostawia poważny niesmak. Rozbieżność pomiędzy faktami a ich obrazem w mediach jest porażająca.

Zupełnie inną kwestią jest to, że w Polsce nie ma rejestru takich placówek. Ich listy nie ma ani Narodowy Fundusz Zdrowia, ani Ministerstwo Zdrowia. Na jakiej formalnej podstawie dyrektor szpitala ma więc informować swoją pacjentkę o instytucji dokonującej aborcji? Profesor Chazan nie zasłaniał się względami proceduralnymi. Mówił o swoim sumieniu. Gdyby powołał się na procedury, nie byłoby żadnych podstaw, by cokolwiek mu zarzucić.

Gdy kobieta zgłosiła się z wypisanym przez swojego lekarza zaświadczeniem do Szpitala Bielańskiego, jego szef także odmówił aborcji, twierdząc, że rozpoczął się 24. tydzień ciąży i na aborcję jest już za późno. Z formalnego punktu widzenia szef Szpitala Bielańskiego nie miał racji. W polskiej ustawie regulującej kwestie aborcji jest zapis mówiący, że pod określonymi warunkami aborcja nie jest karalna, o ile wykona się ją do momentu, w którym dziecko jest w stanie funkcjonować samodzielnie poza organizmem matki. W przypadku dziecka zdrowego granicznym terminem jest 22–23 tydzień, ale w przypadku dziecka poważnie chorego ten okres się wydłuża. Innymi słowy, gdyby chcieć trzymać się litery polskiego prawa, prof. Dębski mógł dokonać aborcji. Nie dokonał jej (chwała mu za to), ale mówiąc, że postąpił tak, bo tak nakazywało mu prawo, wprowadził najpierw pacjentkę, a teraz opinię publiczną w błąd. Równocześnie prof. Dębski stał się w mediach głównym i zaciekłym krytykiem działań prof. Chazana. To prof. Romuald Dębski w jednej z telewizji chciał pokazać zdjęcia zniekształconego chorobą chłopczyka jako dowód bezgranicznego okrucieństwa prof. Chazana. Telewizja, całe szczęście, zdjęć nie pokazała. Gdyby to zrobiła, złamałaby prawo pacjenta do prywatności. Ale Rzecznik Praw Pacjenta nie zajął w tej sprawie stanowiska. Przeprowadził jednak kontrolę w szpitalu prof. Chazana.

Profesor Bogdan Chazan nie musiał konsultować pacjentki, którą prowadził jego podwładny. Ale zrobił to. Nie musiał informować jej o tym, że nie dokona aborcji, bo to nie był jego obowiązek, tylko lekarza prowadzącego. Nie musiał też wskazywać innej placówki, z tych samych powodów. Lekarz prowadzący taką placówkę jednak wskazał. Raport, który tę sprawę opisuje, powołuje się na dokumenty, których członkowie zespołu kontrolnego nie mieli. Z kolei minister zdrowia nakłada na szpital karę (70 tysięcy złotych) za to, że nie poinformował pacjentki o placówkach, które dokonują aborcji, podczas gdy pacjentka takie oświadczenie dostała. Można jeszcze dodać, że w ministerstwie nie ma listy takich szpitali. Gdyby sprawa nie dotyczyła życia chorego dziecka i nieszczęścia jego rodziców, mogłaby być jedną z opowieści z serii żartów o Radiu Erewań.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama