Nowy numer 49/2020 Archiwum

Cuda potrzebują wiary

O znaczeniu cudów dla wiary z ks. dr. Krzysztofem Wonsem, teologiem duchowości, dyrektorem Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów w Krakowie rozmawia Ewa K. Czaczkowska.

Są też sny prorockie, zapowiadające przyszłe wydarzenia.

W mówieniu o tym też byłbym ostrożny. Istota proroctwa nie polega na przepowiadaniu przyszłości. Prorokiem jest ten, kto słyszy słowo Boże i w jego świetle ogląda rzeczywistość, w której żyje i w której Bóg się objawia. Bóg mówi przez proroków o czasach teraźniejszych, o tym, jak żyjemy dzisiaj, co jest w naszym życiu dobre, a co złe, jak mamy zmienić nasze życie i co będzie konsekwencją tego, że będziemy Go słuchać albo nie. Po czasie mówimy, że prorok przepowiedział nam przyszłość. Tymczasem przyszłość wynika z tego, czy my słuchaliśmy proroka, czy nie.

Ale wielu świętych, na przykład św. Faustyna, o. Pio, widziało też przyszłość, która miała się dopiero wydarzyć.

Bóg może dać dar przenikania rzeczywistości, patrzenia w przyszłość. I dał go wielu świętym. Ale w ich wypadku, jak w każdym innym, sprawdza się zasada: po owocach ich poznacie. Są też ludzie, którzy potrafią odczytywać Boże obietnice. Koronnym przykładem takiej postaci jest Abraham. Ale obietnica spełnia się tylko wtedy, kiedy człowiek podąża za nią z wiarą. Kiedy się jej uchwyci, bo Bóg obiecał i Bóg to spełni.

Myślę, że mamy dzisiaj kłopot z cudami. Bo z jednej strony jesteśmy bardzo racjonalni, ale z drugiej potrzebujemy wydarzeń wskazujących na coś, co jest pozamaterialne.

Dzisiaj mamy tendencje do skupiania się z jednej strony na duchowych zagrożeniach – na działaniu złego ducha, demonizacji rzeczywistości – a z drugiej na nadzwyczajnej ingerencji Boga. Trzeba bardzo uważać, gdyż jeśli ktoś ma nawet wyjątkową duchową drogę, to niekoniecznie będzie ona dla innych punktem odniesienia. Przeciwnie, w licznych osobach może wzbudzić pytania, pozostawić niejasności, a nawet wywołać zażenowanie, zamiast pociągnąć ku wierze. Ważne jest, czy człowiek, który ma jakieś nadzwyczajne duchowe doświadczenia, pozostaje z nimi sam, czy ma kierownika duchowego, który pomaga mu rozeznać wewnętrzne przeżycia. Bo nawet jeśli prowadzi go sam Bóg, to zawsze, do końca życia, pozostanie obiektem duchowej walki. Im bardziej bowiem zbliżamy się do Boga, tym bardziej atakuje nas zły duch. Czyni to w bardzo subtelny sposób: pod pozorami dobra, ubierając się w przeróżne szaty religijności.

Tak odczytuję całą historię zbawienia: Boże miłosierdzie najbardziej spotykamy w doświadczeniu grzechu. Bo nigdy bardziej nie czujemy się nędzni, bezwładni jak wtedy, gdy jesteśmy w grzechu, gdy go sobie uświadamiamy i nazywamy po imieniu. Na tym polega tajemnica krzyża: Jezus umierający na krzyżu schodzi aż do otchłani naszego grzechu. Tam, gdzie jego ciemności wmawiają człowiekowi: Bóg cię odrzucił, nikt cię nie chce, jesteś wielkim łajdakiem, nie zasłużyłeś na nic dobrego, twoje życie jest bankructwem... A Jezus schodzi w tę otchłań ciemności, by powiedzieć człowiekowi, odrzuconemu przez wszystkich, że Bóg nigdy go nie opuścił i nigdy nie przestał kochać. Jezus po tym, gdy Piotr trzykrotnie się Go zaparł, spojrzał na niego z taką miłością, że ten gorzko zapłakał. To jest moment największej tajemnicy Bożego miłosierdzia. W tym miejscu znajdują odpowiedź wszystkie historie odkrywania przez człowieka Bożego miłosierdzia. Jezus nieustannie powtarza s. Faustynie, że bardzo chce, aby człowiek uwierzył w Jego miłosierdzie. Każe się modlić za grzeszników, by uwierzyli, że On jest.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama