Nowy numer 49/2020 Archiwum

Zainspirował mnie św. Maksymilian

Kanadyjka Mary Wagner została skazana na więzienie za to, że - mimo sądowego zakazu - weszła do kliniki aborcyjnej, proponując różę, rozmowę i pomoc kobietom, które byłyby gotowe rozważyć rezygnację z aborcji. Niedawno opuściła zakład karny po dwuletnim w nim pobycie. O motywacjach swojej działalności i związkach z Polską rozmawia z nią Andrzej Kumor.

Czy nie obawiasz się, że Ciebie również może to spotkać? Że taki będzie Twój los i ostatecznie spędzisz w zamknięciu wiele lat? Jak wyglądały Twoje dni w więzieniu?

Mam wielką nadzieję, że jednak nie będę na stare lata w więzieniu, choć dzisiaj wydaje się, że kultura śmierci jest nie do ruszenia. Wierzę jednak, że dla Pana Boga nie ma rzeczy niemożliwych i świat może się zmienić. Lech Wałęsa wspominał kiedyś, jak niewiele osób wierzyło, że komunizm może upaść. Nie doceniono siły Boga i modlitwy. Dlatego gdy chodzi o aborcję, również możemy być świadkami zmiany podejścia. W więzieniu spotkałam wiele kobiet, które otwarcie mówiły o aborcji, o tym, jak bardzo tego żałują. W więzieniu łatwiej jest się przyznać do takich rzeczy. 

Dlaczego?

Bo nie masz już nic do stracenia, tyle już straciłeś i z tylu rzeczy cię odarto. Te kobiety nie mają już nic do ukrycia czy ochronienia. Mówią szczerze, płaczą. To jest coś, co rzadko zdarza się na wolności, może za wyjątkiem sytuacji dużego zaufania, wyciszenia i bliskości. Mamy u nas bardzo proaborcyjną mentalność, ale ona może szybko się zmienić, kiedy kobiety będą mogły otwarcie powiedzieć, jak głęboko aborcja je rani. To może dziać się na dużą skalę, być może zobaczymy początek kruszenia tych murów. Strach i zaprzeczenie to silne mechanizmy obronne, ale są kruche, więc…

Byłaś w stanie ocalić dzieci kobiet ciężarnych, które poznałaś w więzieniu?

Rozmawiałam z wieloma z nich. Chociaż w więzieniu opieka medyczna jest świadczona w bardzo ograniczonym zakresie i pójście do lekarza czy przewiezienie do szpitala poza wypadkami nagłymi graniczy z niemożliwością, to jednak jeśli kobieta jest w ciąży i chce mieć aborcję, to się ją przewozi poza zakład karny bez problemów. I ja, i Linda spotkałyśmy w więzieniu młodą kobietę, która miała kilka aborcji. Jednym z powodów, jakie podawała, było to, że nie chce mieć dzieci, zanim nie wyjdzie za mąż. Tydzień modlitw i rozmów, przekonywania, że jej życie wcale nie musi być takie jak dotychczas... Gdy wyszła na wolność, nie wiedziałyśmy, co się z nią działo. Przyszła mnie potem odwiedzić, była w 7. miesiącu ciąży i przyszła podziękować za nasze słowa. To jest czasem po prostu kwestia mówienia i dodawania otuchy. Nasza kultura jest bardzo rozbita, rodziny są porozbijane, nie można w nich znaleźć oparcia. Młodej kobiecie, którą od wczesnych lat uczy się, że seks przed małżeństwem jest czymś zupełnie normalnym, gdy zdarza się ciąża, tłumaczy się to jej jako „pomyłkę”, która nie powinna mieć miejsca. Więc jest trudno w takiej sytuacji iść pod prąd i powiedzieć: „urodzę to dziecko”.

Jaka jest najskuteczniejsza metoda ratowania ludzi nienarodzonych? Co powinniśmy robić?

Jest wiele strategii ruchu pro life. Dla mnie najważniejsze są słowa Matki Teresy, która powiedziała: „Nie widzę tłumu, widzę za każdym razem innego człowieka i tą osobą jest Jezus”. Kiedyś myślałam kategoriami „co zrobić, żeby to powstrzymać; co zrobić, żeby ocalić najwięcej istnień, ile się da”. Oczywiście takie myślenie jest potrzebne, ale podobnie jak w kwestii ubóstwa konieczne są zarówno strategie globalne, jak i lokalne. Potrzebna jest indywidualna uwaga skupiona przede wszystkim na danej osobie.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama