GN 3/2021 Archiwum

Obrona przez atak

„Gazeta Wyborcza” świętuje 25 lat… niestrudzonej walki z Kościołem. Oczywiście w trosce o jego i nasze dobro.

Kościół to niewątpliwie jeden z najważniejszych tematów prezentowanych na łamach „Gazety Wyborczej”. Artur Dmochowski, historyk i publicysta, przejrzał pod tym kątem 7 tys. numerów dziennika, wydanych od 1989 r. Przyznaje, że był zaskoczony rezultatami. – Trudno było znaleźć wydanie bez przynajmniej jednego ataku na Kościół! Miałem, pisząc książkę, często wrażenie, że obserwuję wcielanie w życie znanego powiedzenia o „milionie gwoździ wbijanych w miliony głów” albo innego, że kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą – mówi autor książki „Kościół »Wyborczej«”, która właśnie trafiła do księgarń.

„Owszem, atakujemy Kościół, aby go bronić” – definiuje w niej swoją misję Jan Turnau, najważniejszy publicysta religijny „Gazety Wyborczej”. Przed kim bronić? Głównie przed biskupami, ale w gruncie rzeczy przed wszystkim, co jeszcze odróżnia polski Kościół od jego zachodnich odpowiedników. Dziennik kierowany przez Adama Michnika ma za sobą 25 lat takiej niestrudzonej obrony przez atak. Służyły jej m.in. promocja apostazji, wojna z religią w szkołach, walka o in vitro, ciepły klimat wokół aborcji i eutanazji, sympatia dla homoseksualizmu...

Zanim słów kilka o tym, co Artur Dmochowski wyczytał w GW, warto wspomnieć o tym, czego tam nie znalazł. Nieomal całkowicie brak (było i jest) w dzienniku informacji ukazujących żywy Kościół, jego parafie i wspólnoty. Nie ma ludzi radośnie przeżywających swoją wiarę i kultywujących tradycję. Propagując wizję „oblężonej twierdzy”, w jakiej ponoć zamykają się dziś polscy katolicy, gazeta świadomie całkowicie odizolowała się od świata, którego nie rozumie i nie akceptuje. Pokazuje go swoim czytelnikom jedynie w karykaturze.

Wiernych przygarnie, bezbożnych potopi

Zadziwia tempo, w jakim autorzy „Wyborczej” zaczęli się Kościoła bać. Jeszcze w pierwszych miesiącach istnienia dla gazety był to naturalny sojusznik, oaza wolności i opoka. Wystarczyły dwa lata, by na tych samych łamach rozpętano histeryczną kampanię strachu. W 1991 r. Teresa Boguska bije już na alarm, że Kościół „ogarnia zaniedbane przestrzenie społeczne, przenika życie publiczne, wzmacnia normy moralne prawem, prawdziwie wiernych przygarnie, bezbożnych potopi”. Ta sama autorka przy okazji sporu o oświęcimski Karmel formułuje tezę aktualną przez najbliższe dekady: „Pod oświęcimskim krzyżem ścierają się ze sobą dwie Polski głęboko różne, podzielone o wiele bardziej, niż pokazują kolejne wybory – Polska śmiała, otwarta na świat i Polska strwożona, odrzucająca wszystko, co ten świat proponuje”. Wiadomo, którą Polskę promować będzie gazeta, a którą reprezentuje Kościół. Jasne jest też, kto w tym „starciu” jest skazany na sukces.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama