Nowy numer 2/2021 Archiwum

Konflikt w Nigerii

Krytycy Goodlucka Jonathana zarzucają mu, że zlekceważył rebelię muzułmańskich fanatyków. Rebelia nigeryjskich talibów z ruchu Boko Haram zagraża rządom prezydenta Goodlucka Jonathana, który za rok zamierzał powalczyć o kolejną kadencję.

Kiedy w 2010 r. obejmował urząd prezydenta Nigerii, zdławiona, zdawało się, rebelia Boko Haram właśnie rozpalała się na nowo. Rok wcześniej wojsko zabiło kilkuset zwolenników Boko Haram i założyciela ruchu mułłę Muhammada Yusufa. Rozgromieni nigeryjscy talibowie wylizali się jednak z ran i w 2010 r. pod wodzą nowego emira Abubakara Shekau wydali rządowi krwawą wojnę, by przekształcić Nigerię w kalifat, rządzący się prawami Koranu.

Krytycy Goodlucka Jonathana zarzucają mu niezdecydowanie i to, że zlekceważył rebelię muzułmańskich fanatyków. Nowy prezydent na początku swojego panowania rzeczywiście nie chciał rozniecać konfliktu z muzułmańską północą kraju, która miała go za uzurpatora. Od 1999 r., kiedy po dekadach wojskowych dyktatur generałowie oddali władze cywilom, w rozdartej na muzułmańską północ i chrześcijańskie południe Nigerii obowiązuje niepisana zasada, że rządy w kraju sprawują na zmianę przedstawiciele obu wyznań i regionów.

Jako pierwszy, w wyniku wygranych w 1999 r. wyborów rządził przez dwie kadencje chrześcijanin Olusegun Obasanjo z ludu Jorubów. W 2007 r. władzę przejął wywodzący się z tej samej rządzącej Ludowej Partii Demokratycznej muzułmanin Umaru Yar'Adua z północnego ludu Fulanich, a na swojego wiceprezydenta wybrał chrześcijanina Goodlucka Jonathana z roponośnej Delty Nigru.

Ale po niespełna dwóch latach rządów Yar'Adua umarł, a jego obowiązki przejął Jonathan. Muzułmańskie elity z północy od początku traktowały go nieufnie, uważając, że zawłaszcza sobie władzę, należną im na dwie prezydenckie kadencje do 2015 r. Do politycznej wojny doszło w 2011 r., kiedy Jonathan nie tylko nie ustąpił ze stanowiska, ale postanowił wystartować w wyborach prezydenckich. W rządzącej partii doszło do rozłamu na przeciwników Jonathana, którzy mieli go za uzurpatora i jego zwolenników, widzących w nim przywódcę, który zerwie z anachronizmem podziału władzy między elitami z muzułmańskiej północy i chrześcijańskiego południa. Mieli też nadzieję, że w ogóle odetnie się on od starych politycznych elit, które przez dziesięciolecia doprowadziły bogatą w ropę naftową Nigerię do bankructwa i uczyniły ją jednym z najbardziej skorumpowanych krajów świata.

Jonathan wygrał wybory i rzeczywiście zabrał się za gospodarcze reformy i wydał wojnę korupcji. Zawarł też pokój z rebeliantami, walczącymi w jego rodzinnej Delcie Nigru. W tym roku Nigeria wyprzedziła RPA jako najbogatsze państwo kontynentu. I gdyby nie terrorystyczna wojna, wywołana przez Boko Haram, 56-letni Jonathan mógłby być pewny, że mimo protestów muzułmańskich elit z północy w 2015 r. wygra kolejne wybory i zapewni sobie reelekcję. Rebelia Boko Haram niszczy jednak jego reputację, przysparza krytyków i wrogów, a także ambitnych rywali do władzy.

W zeszłym roku, by odeprzeć zarzuty o brak zdecydowania i odwagi, Jonathan wprowadził stan wyjątkowy w ogarniętych rebelią stanach Borno, Yobe i Adamawa i rozkazał generałom rozprawić się z nigeryjskimi talibami. Wojsko nie tylko jednak nie uporało się z tym zadaniem, ale partyzanci z Boko Haram nasilili wojnę, a także zaczęli dokonywać zamachów w samej stolicy, Abudży.

Przeciwnicy Jonathana z muzułmańskiej północy zarzucają mu obojętność na cierpienia tamtejszej ludności, a nawet to, że świadomie toleruje rebelię z politycznej zemsty. Wytykają mu, że nie odwiedził nawet miasteczka Chibok, skąd przed dwoma miesiącami partyzanci Boko Haram uprowadzili prawie 300 dziewcząt. Porwanie dziewcząt ściągnęło na Jonathana także krytykę ze strony zachodnich sojuszników. Właśnie licząc się z Zachodem, Jonathan wycofał się z dobitego już targu z Boko Haram i nie wymienił więzionych partyzantów na porwane uczennice.

Nieprzyjaźnie układają się relacje Jonathana z generałami z rządowego wojska. Rządzącym przez trzy dekady wojskowym nie podoba się, że cywilni politycy odsuwają ich od polityki i wykorzystują do rozwiązywania wewnętrznych konfliktów. Prezydent oskarża generałów o nieskuteczność, korupcję i złą wolę, a nawet sekretną współpracę z rebeliantami. W zeszłym roku Jonathan oświadczył wprost, że niektórzy generałowie, a nawet ministrowie w jego własnym rządzie sprzyjają Boko Haram, by mu szkodzić. W styczniu prezydent zwolnił całe dowództwo rządowego wojska, a na początku czerwca wojskowy trybunał orzekł, że 10 generałów z armii sprzedawało broń rebeliantom, a także uprzedzało ich o urządzanych na nich obławach.

Widząc słabość prezydenta muzułmańskie elity władzy z północy zwietrzyły okazję do politycznej zemsty na Jonathanie i odzyskania władzy. Ma to im ułatwić powstała przed rokiem opozycyjna koalicja Kongres Wszechpostępowy, która deklaruje, że w wyborach w 2015 r. jej kandydatem na prezydenta będzie muzułmanin z północy. Wiarę w Jonathana traci nawet rządząca od 14 lat Ludowa Partia Demokratyczna. Nigeryjskie gazety twierdzą, że wielu partyjnych dygnitarzy namawia Jonathana, by dla dobra partii sam wycofał się z walki o reelekcję.

 

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama