Nowy numer 25/2021 Archiwum

Powaga niepodległości

Odzyskanie suwerenności państwowej było możliwe dzięki przechowaniu, a nie odrzuceniu tożsamości narodowej i nadziei.

Kolejna, 95. rocznica odzyskania niepodległości przez Polaków i wraca problem z ustaleniem tego, co, jak i dlaczego chcemy wspólnie z tej okazji świętować. Odzyskanie własnego, suwerennego państwa po 123 latach podziału (parcelacji?) obywateli Rzeczypospolitej między trzy odrębne imperialne organizmy państwowe – to bezdyskusyjny powód do świętowania historycznego sukcesu. Po latach konspiracji, walk i powstań, mimo wielu niepowodzeń i represji, pełna determinacji praca na rzecz ojczyzny i wiara w odbudowanie polskiej państwowości przyniosły owoce. Zdawałoby się, że to nic trudnego znaleźć formułę obchodów i odpowiednie słowa łączące (a nie dzielące!) oficjalne uroczystości z licznymi imprezami organizowanymi przez stowarzyszenia, samorządy, kluby, koła, partie i ruchy polityczne oraz wszystkie możliwe, obywatelskie środowiska, które chcą świętować „po swojemu”.

A jednak okazuje się to zbyt trudne dla polityków rządzących dzisiaj III RP. Może dlatego, że wraz ze zmianą nastrojów społecznych rośnie prawdopodobieństwo sojuszu PO z SLD, a więc akceptacji dla tej Polski, która już w 1945 roku zniosła Święto Niepodległości. To jedna z tych decyzji, która lepiej niż propagandowe slogany wyjaśniała, czym jest PRL i jakie są jej relacje z ZSSR. Nawet nieliczne manifestacje, marsze czy samo składanie kwiatów pod pomnikiem Nieznanego Żołnierza w dniu 11 listopada kończyło się represjami, aresztem czy kolegium ds. wykroczeń. I nie dlatego, że miało „antysocjalistyczny charakter”, wystarczyło, że przypominało o niepodległości narodu i suwerenności państwa. Pamięć o niepodległości trwała, a Polacy prowadzili „swoją politykę historyczną” na cmentarzach i w kościołach, umieszczając na nagrobkach i tablicach wmurowanych w ściany świątyń nielegalne informacje o przeszłości; daty śmierci i przynależność do AK czy udział w walkach na Zachodzie, pisząc łącznie zakazaną datę i miejsce, jak rok 1940 i Katyń. Ta obywatelska polityka historyczna wybuchła z całą mocą w okresie pierwszej „Solidarności”.

Walka o odzyskanie przestrzeni symbolicznej, przypominanie i upamiętnianie ważnych wydarzeń z przeszłości miała jednoznaczny charakter – przeciwstawienie się propagowanej przez komunistyczne władze wersji historii. „Przez te kilkanaście miesięcy »Solidarności« toczyła się prawdziwa bitwa o pamięć z wizją fałszywej ciągłości kreowanej przez propagandzistów PRL” – pisał w artykule „Pamięć i nadzieja” Tomasz Merta [w: „Pamięć i odpowiedzialność” red. T. Kostro, T. Merta, OMP]. Warto przypomnieć tamten wnikliwy i zarazem proroczy tekst sprzed 10 lat, późniejszego wiceministra kultury w rządach zarówno J. Kaczyńskiego, jak i D. Tuska, śp. Tomasza Merty, który zginął w katastrofie Tu-154M pod Smoleńskiem. Problemy, o których wówczas pisał, znacznie się po 2010 roku zwielokrotniły: „Pytanie »skąd przychodzimy? « – nigdy nie pozostaje bez odpowiedzi, bo nawet milczenie jest jej bardzo symptomatyczną formą”. W III RP „polityka historyczna, którą najpewniej w sposób właściwy należałoby nazwać »antypolityką«, niosła przesłanie (…) rozerwania więzi między pamięcią i nadzieją”. (…) „Historia traktowana była w niej jako zbędny balast, coś potencjalnie niebezpiecznego, co może rozsadzić fundamenty budowanego właśnie demokratycznego porządku” (…) „Historia »krytyczna« zajęła miejsce historii »bohaterskiej«, którą uznano za zupełnie już bezużyteczne świadectwo szkodliwej naiwności poprzednich pokoleń”. Pozornie spór ma charakter akademickiej dyskusji nad tym, czy tożsamość, pamięć i wartości służą czy przeszkadzają demokracji. Jedni teoretycy uznają wartości danej społeczności za warunek sprzyjający trwałości demokracji (jak G. Sartori), inni uznają je za czynnik obojętny.

W realnym, przeżywanym, a nie „dyskutowanym” świecie odpowiedzią są nasze konkretne, polskie doświadczenia. Odrzucenie totalitarnego, skrajnie antydemokratycznego systemu i odzyskanie suwerenności państwowej było możliwe dzięki przechowaniu, a nie odrzuceniu tożsamości narodowej i nadziei. Dlaczego dzisiaj miałoby być inaczej? Czy w imię demokracji mamy przyjąć najnowszą, niemiecką wersję II wojny światowej z wizerunkiem antysemickich prymitywów z AK oraz „polskimi” obozami śmierci? Czy obchodzony tuż przed naszym Świętem Niepodległości rosyjski Dzień Jedności Narodowej, upamiętniający wypędzenie Polaków z Moskwy, ma wejść do naszego kalendarza w imię »dobrosąsiedzkich stosunków”? Przed nami kolejny 11 Listopada, święto odzyskanej z wielkim trudem i za cenę wielu ofiar Niepodległości. To zobowiązanie do kontynuacji tej samej postawy, bowiem problem z suwerennością wcale nie skończył się wraz z opuszczeniem Polski przez wojska sowieckie i naszym wstąpieniem do NATO. Ma dzisiaj oblicze niezależności gospodarczej i surowcowej, gospodarczego i konsumenckiego patriotyzmu, polskiej własności prasy, także lokalnej, mediów, banków i firm strategicznych dla naszej gospodarki. Niepodległość to także kontynuacja własnej tradycji, tożsamości i własnych wartości, a więc także rodziny tworzonej przez kobietę i mężczyznę, ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci, roli wiary, religii i Kościoła katolickiego oraz bohaterskiej (właśnie tak!) polityki historycznej. Oraz – bo taki wymiar ma dzisiaj polska suwerenność – ustalenie wiarygodnych przyczyn katastrofy smoleńskiej. To – mimo wszystko – znacznie łatwiejsze zadanie, niż wygrać powstanie styczniowe czy powstanie warszawskie. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama