Nowy numer 43/2020 Archiwum

Eucharystia zaczęła wpisywać się w moje życie z coraz większą mocą

Przyjęliśmy ten dar jako znak, że ofiara życia naszej matki została przyjęta i że pomiędzy życie, śmierć i nowe życie w naszej rodzinie Eucharystia wpisana jest jakoś szczególnie i namacalnie.

Niezbadanym Bożym zrządzeniem Eucharystia bardzo szczególnie została wpisana w życie moje i moich najbliższych. Wiele lat upłynęło, zanim sobie to uświadomiłam. Szczególnie mocno dotarło to do mnie w 2005 roku, który był Rokiem Eucharystii. Prośba o świadectwa w Roku Wiary stała się przynagleniem do ponownego przemyślenia i napisania…

Jestem człowiekiem ciągle jeszcze małej wiary, więc Pan Bóg, dobry Ojciec, w Swej miłości wielkiej i miłosiernej, nie skąpi mi znaków. Z nieustającym zdumieniem ciągle na nowo je odkrywam. Całkiem niedawno uświadomiłam sobie, że wszystko zaczęło się w momencie mojego urodzenia.

Przyszłam na świat i zostałam ochrzczona w „eucharystycznej” parafii pod wezwaniem Bożego Ciała. Od wczesnego dzieciństwa dane mi było słyszeć i przeżywać opowieści o Trzech Hostiach, których cudowne ukazywanie się po świętokradczych próbach ich utopienia, stało się w średniowieczu początkiem ufundowania kościoła. Nie pamiętam, czy pierwszą osobą, która opowiedziała mi tę historię, była moja mama, czy też siostra Anuncjata, elżbietanka. Siostra Anuncjata była moją pierwszą katechetką, którą miałam szczęście spotkać na swojej drodze jako zaledwie czteroletnia dziewczynka. Wtedy po raz pierwszy dzielnie sypałam kwiatki przed Najświętszym Sakramentem niesionym przez kapłana podczas procesji Bożego Ciała i w czasie całej oktawy.

Wkrótce Eucharystia zaczęła wpisywać się w moje życie z coraz większą mocą. Z inicjatywy księdza proboszcza i za zgodą rodziców, wraz z grupką rówieśników, rozpoczęłam przygotowania do przyjęcia pierwszej, tak zwanej „wczesnej” Komunii Świętej. Bardzo dobrze pamiętam moment, gdy mama w obecności taty poinformowała mnie o tym, że wraz z kilkorgiem innych dzieci zostałam wybrana przez siostrę katechetkę i że mama wyraziła zgodę, a teraz pyta mnie, czy chcę przyjąć Pana Jezusa do swego serca... Nigdy nie zapomnę tego przeżycia... Wcześniej nie rozumiałam, dlaczego mama podczas każdej Mszy Świętej podchodzi blisko ołtarza, klęka wśród innych ludzi, a ksiądz „coś” jej daje do ust. Z niepokojem obserwowałam, że mama miewała wtedy łzy w oczach. To było niepojęte dla mego dziecięcego umysłu i serca. Teraz wreszcie dowiedziałam się, że można przyjmować Pana Jezusa do serca, a i ja niedługo będę mogła Go przyjąć. Tak, chcę! Bardzo chcę! Była wczesna jesień 1953 roku. Miałam pięć lat.

Katechezy przygotowawcze trwały kilka miesięcy. Pamiętam mądrą, pełną uroku i miłości zakonnicę, ale pamiętam też rolę mamy w tych katechezach. Rozmowy z mamą były bardzo ważnym elementem katechezy. Pamiętam też swoją własną pracę nad sobą, swój, chyba bardzo po dziecięcemu poważny stosunek do tego, co ma się wydarzyć. Tych kilka miesięcy od jesieni do wiosny, przeżywałam, także po dziecięcemu przecież, jako czas niezmiernie długi, ciągnący się prawie w nieskończoność. Z ostatnich dni przed przyjęciem Komunii Świętej pamiętam przygotowania do spowiedzi. Rachunek sumienia robiłam oczywiście z mamą. Bardzo chciałam, aby ta spowiedź miała miejsce w jak najkrótszej odległości przed przyjęciem Pana Jezusa, bo obawiałam się, że mogłabym jeszcze nagrzeszyć. Nie pamiętam natomiast przygotowań do rodzinnego spotkania po uroczystości. Myślę, że takich przygotowań po prostu nie było. Nie było też białej sukienki, bo mądry ksiądz proboszcz nie wyraził zgody na takową. Mieliśmy być ubrani odświętnie, ale nie „pierwszokomunijnie”.

Nadszedł wreszcie ów wielki dzień: czwartek, 3 maja 1954 roku. Do ukończenia szóstego roku życie brakowało mi jeszcze ponad dwóch miesięcy.

Samą uroczystość w kościele Bożego Ciała przypominam sobie bardzo dokładnie. Wiem, gdzie staliśmy w pobliżu ołtarza. Tak, staliśmy a nie siedzieli! Do dziś odczuwam to przeogromne oczekiwanie na sam moment przyjęcia Pana Jezusa. Ale pamiętam też nutkę dziecięcego rozczarowania, że nie doznałam czegoś niezwykłego, namacalnie wielkiego.

Mojemu pierwszemu osobistemu spotkaniu z Eucharystią towarzyszyła wyłącznie mama. Ona uczestniczyła w przygotowaniu, ona, i tylko ona, stała tuż za mną podczas pierwszego pełnego uczestniczenia we Mszy Świętej. Ojca nie było. Zarówno w tym dniu, jak i przez wiele jeszcze następnych dni, miesięcy i lat był on dość daleko od nas i od Eucharystii, choć żyliśmy wszyscy razem i choć tej odległości wtedy nie rozumiałam. W dniu mojej pierwszej Komunii Świętej ojciec przebywał poza domem. Nie jestem pewna, czy ta nieobecność była spowodowana wyjazdem koncertowym (ojciec był muzykiem), czy też była to alkoholowa „trzydniówka”. Szczegół dotyczący przyczyny nieobecności jest o tyle mało istotny, że „trzydniówki” lub ciągi trwające nawet tydzień i dłużej, następowały po każdym wyjeździe. Ale i ten nasz rodzinny dramat był ujęty w Bożych planach.

Mijały lata. Od dnia pierwszej Komunii Świętej regularnie przystępowałam do Stołu Pańskiego wraz z mamą i rodzeństwem. Najpierw było to w pierwsze piątki, soboty i niedziele każdego miesiąca. Z czasem zrozumiałam, że podczas każdej niedzielnej Mszy Świętej mogę przyjmować Komunię Świętą i podjęłam z radością tę praktykę. Niepostrzeżenie jednak zaczęła we mnie rosnąć potrzeba codziennego uczestniczenia w Eucharystii.

Tymczasem ojciec jakby obojętniał coraz bardziej. Wprawdzie podejmował próby leczenia choroby alkoholowej i miewał nawet kilkuletnie okresy abstynencji, ale nie przekładało się to na jego gorliwość religijną. Gdy byliśmy dziećmi chodził z nami, rodzinnie, na niedzielną Mszę Świętą. Z czasem zaczął sam jeździć do odległego kościoła, ale wychodził z domu coraz później, a wracał coraz wcześniej. W końcu zaprzestał i tego. Był coraz starszy, tłumaczył się słabością, zmęczeniem. Myślę, że wiele lat nie przystępował do Sakramentów Świętych. Nawet w ciężkiej chorobie nie dał się namówić na spowiedź. Był to czas, gdy mama i ja codziennie już uczestniczyłyśmy we Mszy Świętej.

Potem mama umarła. Choroba była gwałtowna, trwała krótko - akurat tyle, żeby odejście nie było pełnym zaskoczeniem. Pozostał ból. Ale była też nadzieja na nowe życie, które istniało już pod sercem jej córki, a mojej siostry. Mama, umierając, wiedziała, że ma zostać babcią. Wiedziała też jednak, że ta nadzieja po raz kolejny może zawieść, bo wcześniej już trzykrotnie mojej siostrze nie udało się donosić ciąży. W pięć miesięcy po śmierci mamy szczęśliwie i bez żadnych problemów przyszła na świat jej wnuczka, Michalina. Urodziła się w Wielki Czwartek 1983 roku... Przyjęliśmy ten dar jako znak, że ofiara życia naszej matki została przyjęta i że pomiędzy życie, śmierć i nowe życie w naszej rodzinie Eucharystia wpisana jest jakoś szczególnie i namacalnie.

A potem w ojcu zaczęło się coś wyraźnie zmieniać. Stawał się coraz bardziej wrażliwy na sprawy Boże i ludzkie. Coraz częściej dawał się namówić na spowiedź i Komunię Świętą, coraz bardziej zadziwiało Boże w nim działanie... Gdy w dwa i pół roku po odejściu mamy on również znalazł się na łożu śmierci, był już chyba bardzo blisko Pana Boga...

Ostatnią w jego życiu Komunię Świętą – maleńki okruch Eucharystycznego Chleba położony przez kapłana na łyżeczce z wodą – podałam mu do ust ja, jego córka, na dzień przed śmiercią, w ostatnich chwilach jego świadomości, w wielkiej już niemocy i cierpieniu. Dopełnił się czas pomiędzy nieobecnością ojca przy moim pierwszym spotkaniu z Eucharystią, a łaską udzieloną nam obojgu wraz z jego ostatnią Komunią Świętą.

Życie toczyło się nadal. W Roku Eucharystii upłynęło 20 lat od śmierci ojca. W tym właśnie roku moja chrzestna córka Michalina, nasz wielkoczwartkowy dar sprzed dwudziestu dwóch lat, złożyła swoje pierwsze śluby zakonne w Zgromadzeniu Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu. 5 lat później złożyła śluby wieczyste. Pełne brzmienie jej zakonnego imienia: siostra Maria Michalina od Eucharystii, Tajemnicy Krzyża.

Czy to już koniec opowieści? Nie. Życie trwa, doświadczenia trwają – także doświadczenia trudne. Może próby wiary? Dokładnie w tym samym czasie gdy Michalina, jedna spośród najbliższych mi osób, stanęła przy Eucharystii najbliżej jak to możliwe, druga – straciła wiarę w to, że Pan Jezus jest w Eucharystii obecny. W konsekwencji odeszła od Kościoła. Wierzę, że nie na zawsze… Nie rozumiem, modlę się, wierzę…

Eucharystia w moim życiu... Tajemnica Światła... Tajemnica Wiary...

Anna Maria

« 1 »
TAGI:

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama