Nowy numer 42/2020 Archiwum

Sztuka to nie dom mody

O spacerach wśród zabytków, studiowaniu natury i wzruszeniu, od którego wszystko się zaczyna, z prof. Stanisławem Rodzińskim, malarzem, byłym rektorem krakowskiej ASP

Szymon Babuchowski: W katalogu Pana najnowszej wystawy można przeczytać deklarację: „Malowanie i oglądanie dzieł sztuki to kwestia przeżywania. (…) Jeżeli w sztuce nie ma prywatności i miłości, to nie pojawia się w niej prawda o tym, co przeżył artysta”. Brzmi to trochę archaicznie w czasach, gdy w sztuce ceni się grę i prowokację.

Stanisław Rodziński: – Sądzę, że to, co w sztuce najważniejsze, rodzi się w trakcie pracy nad dziełem. Zaczyna się od połączenia wrażeń, wiedzy, przeżyć, wzruszeń, czasem nawet irytacji. Nie oznacza to wcale, że artysta musi być szaleńcem. Proszę zauważyć, że np. w twórczości Picassa pojawiają się obrazy będące owocem precyzyjnego, intelektualnego działania. Ale są też inne, odznaczające się niezwykle intensywną żywiołowością. Wydaje mi się, że to, co dzisiaj się pojawia w sztuce, jest znakiem czasu. To zjawiska wymyślane przez krytyków. Kiedy upłynie trochę lat, pozostaną jako dokument czasu, ale nie będą oddziaływać na ludzi.

A wybitne dzieło zawsze oddziałuje?

Nie zapomnę, jak przyjechałem do Isenheim, by zobaczyć wspaniały poliptyk Grünewalda. W pewnym momencie do sali, w której ołtarz był eksponowany, weszła grupa klasycznych turystów – z aparatami fotograficznymi, kamerami. Nagle stanęli przed obrazem i zaległa kompletna cisza. A więc jednak istnieje trwałość pewnych zjawisk, które cechują dzieło sztuki. I nie chodzi tu tylko o prace o charakterze religijnym. Bywają martwe natury, które również zmuszają do oglądania w ciszy i spokoju, bo są refleksjami o jakimś duchowym porządku.

Tyle że nie zawsze umiemy to dostrzec.

Martwi mnie to, że wydarzenia związane ze sztuką najnowszą stwarzają taki klimat wokół sztuki, który jeszcze bardziej oddala od niej potencjalnych odbiorców. Wielu ludzi nie interesuje się sztuką, ale kiedy dochodzi do kontaktu z dziełem sztuki, okazuje się, że odnajdują się w tych obrazach, rzeźbach, grafikach. Wzruszają się. Widać to np. po zmianie ekspozycji w Sukiennicach. Wiele osób wchodzi, żeby zobaczyć „Hołd pruski”. Podchodzą bliżej i dopiero zaczynają się przyglądać, jak to jest namalowane.

Może nikt nas nie przygotował do odbioru sztuki?

Krótko po studiach zacząłem uczyć w szkole podstawowej. I postanowiłem z tymi dziećmi z klasy piątej, szóstej, siódmej chodzić do muzeum. Nie na dwie godziny, tylko na dwadzieścia minut. Pokazywałem jeden czy drugi obraz i wychodziliśmy. Nie chciałem ich zanudzić. Zależało mi na tym, żeby zobaczyli to, co jest istotą tych dzieł. Żeby było o czym rozmawiać i co wspominać. Szalenie ważne wydaje mi się takie zainteresowanie sztuką, muzyką, literaturą, które rodzi się np. podczas spaceru w niedzielę, kiedy rodzice prowadzą swoje dzieci i pokazują im zabytki. Nie muszą poddawać ich analizie, wystarczy, że zwrócą na nie uwagę.

U Pana w domu tak było?

Tak! Pamiętam, jak w 1946 r., po dość powierzchownym remoncie, został otworzony Dom Jana Matejki przy ulicy Floriańskiej. Poszliśmy z rodzicami i z bratem obejrzeć to. Rodzice, którzy nie byli historykami sztuki, mówili nam: przypatrzcie się. Wielkie wrażenie zrobiły wtedy na mnie szkice do „Bitwy pod Grunwaldem”, małe rysuneczki. Potem zwiedzaliśmy stare kościoły i jechaliśmy tramwajem w stronę Podgórza, Łagiewnik, gdzie były te nowsze świątynie, budowane w latach 20. i 30. Rodzice pokazywali nam, jak wygląda teraz architektura, i pytali, jak nam się podoba. Myślę, że jeżeli w życiu dziecka nie zrodzi się naturalne zainteresowanie pewnymi obszarami życia dorosłego, to ono już nigdy nie powstanie. Tym bardziej że losy przedmiotów związanych ze sztuką są w naszej szkole niepewne. Ludzie od sztuki odchodzą, bo ich to nie interesuje, a nawał wizualności, z jakim mamy do czynienia w telewizji, nawał dźwięków, raczej rozprasza, niż skupia. To dość prymitywne oddziaływanie na psychikę człowieka, na jego myślenie, emocje. Nie ma tu miejsca na wzruszenie.

Wspomniał Pan, że wzruszenie jest ważne nie tylko dla odbiorcy, ale także dla twórcy. Ciekaw jestem tego momentu, kiedy wzruszenie zyskuje formę. Czy to przychodzi nagle, kiedy dostrzega się w naturze gotowy obraz, czy też jest wynikiem żmudnych poszukiwań?

Przypuszczam, że jest i tak, i tak. Mam takie wspomnienie ze studiów związane z moim profesorem Emilem Krchą. To był znakomity malarz, a przy tym bardzo dobry muzyk, wiolonczelista. Był człowiekiem wyciszonym, takim milczkiem, który spokojnie przekazywał uwagi, pozostawiając właściwie całą dynamikę pracy studentowi. Po pierwszym roku pojechaliśmy do Paczkowa na plener, gdzie malowałem pejzaże w kolorach szaro-brązowo-burych. Mniej więcej po tygodniu jest przegląd i Krcha mówi do mnie: „Naokoło tyle zielonego, a u pana wszystko takie brązowe, bure”. I odszedł. Miałem jeszcze kilka płócien, więc przez dwa następne tygodnie malowałem wszystko na zielono. Na kolejnym przeglądzie Krcha się pojawia, patrzy na moje pejzaże i mówi: „Wracamy do brązowego”. Wtedy wiedziałem już wszystko. Profesor dostrzegł, że w tamtych obrazach, które może nie były bezpośrednio inspirowane oglądaniem natury, jest więcej mojej prywatności niż w tych, które są zielone dlatego, że on mi to zasugerował.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Szymon Babuchowski

Kierownik działu „Kultura”

Doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Przez cztery lata pracował jako nauczyciel języka polskiego, w „Gościu” jest od 2004 roku. Poeta, autor pięciu tomów wierszy. Dwa ostatnie były nominowane do Orfeusza – Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego, a „Jak daleko” został dodatkowo uhonorowany Orfeuszem Czytelników. Laureat Nagrody Fundacji im. ks. Janusza St. Pasierba, stypendysta Fundacji Grazella im. Anny Siemieńskiej. Tłumaczony na język hiszpański, francuski, serbski, chorwacki, czarnogórski, czeski i słoweński. W latach 2008-2016 prowadził dział poetycki w magazynie „44/ Czterdzieści i Cztery”. Wraz z zespołem Dobre Ludzie nagrał płyty: Łagodne przejście (2015) i Dalej (2019). Jest też pomysłodawcą i współautorem zbioru reportaży z Ameryki Południowej „Kościół na końcu świata” oraz autorem wywiadu rzeki z Natalią Niemen „Niebo będzie później”. Jego wiersze i teksty śpiewają m.in. Natalia Niemen i Stanisław Soyka.

Kontakt:
szymon.babuchowski@gosc.pl
Więcej artykułów Szymona Babuchowskiego

 

Zobacz także