Nowy numer 43/2020 Archiwum

Detektyw w habicie

Atak chemiczny w Syrii został wyreżyserowany przez rebeliantów. Tak jednoznaczny wniosek płynie z raportu przygotowanego przez… katolicką zakonnicę.

Zanim czytelnik skwituje to pobłażliwym uśmiechem, warto najpierw przebrnąć przez ten tekst. Sama możliwość użycia broni chemicznej przez rebeliantów jest bardziej niż prawdopodobna, o czym pisaliśmy wielokrotnie. Cel? Rzucenie oskarżenia na rząd w Damaszku i przez to sprowokowanie zachodniej interwencji, która doprowadziłaby do upadku prezydenta Baszara Al-Assada. Nie powstał dotąd żaden kompleksowy raport organizacji międzynarodowych, który by obalał lub potwierdzał taką hipotezę. Raport ONZ stwierdza tylko, że broń chemiczna została użyta. Siostra Agnès-Mariam de la Croix jako pierwsza podjęła się przygotowania raportu, stawiając pytania, których nie stawiają inni, i próbując w ten sposób wyjaśnić, co naprawdę stało się na obrzeżach Damaszku w sierpniu tego roku. Raport liczy prawie 50 stron i zawiera analizę m.in. zdjęć i filmów, które miały być dowodami świadczącymi o użyciu broni przez siły rządowe, a które de facto okazują się materiałem obciążającym rebeliantów. Dokument wzbudza oczywiście kontrowersje. Idzie bowiem pod prąd głównemu przekazowi większości mediów, które nierzadko bezmyślnie powtarzają newsy sprzedawane im przez tzw. powstańców, wśród których od dawna dominują islamskie bojówki terrorystyczne. Z raportem zapewne można polemizować, tyle że jak dotąd nikt wystarczająco wiarygodnie nie obalił tez, które stawia zakonnica. Dokument został już wysłany do Komisji Praw Człowieka ONZ w Genewie.

Nie jestem agentką Assada

O s. Agnès-Mariam zrobiło się głośno w zeszłym roku. Zaczęła udzielać wywiadów zagranicznym mediom, jeździć po całym świecie z wykładami, starając się pokazać prawdziwe, jej zdaniem, oblicze wojny w Syrii. Zakonnica pochodzi z Libanu, w Syrii pracuje od 19 lat, obecnie jest przełożoną klasztoru św. Jakuba w Quarah, ok. 90 km na północ od Damaszku, w pobliżu drogi do Aleppo. Należy do Kościoła melchickiego, jednego z Kościołów wschodnich pozostających w jedności z Rzymem. Drogę zakonną zaczynała w Bejrucie, stolicy Libanu. W czasie jednej ze swoich podróży do Syrii odkryła ruiny klasztoru św. Jakuba z V w. Postanowiła go odbudować. Dostała na to zgodę władz. Na miejscu powstała wspólnota ekumeniczna skupiająca siostry różnych wyznań. Jak mówiła w wielu wywiadach, nigdy wcześniej nie zajmowała się polityką. Dopiero wojna i powtarzane w wielu krajach arabskich i zachodnich kłamstwa dotyczące tego konfliktu zmusiły ją niejako do działania. Widziała na własne oczy islamistów wynajmujących zwykłych bandziorów do ataków m.in. na chrześcijan. Widziała na żywo wybuchy samochodów pułapek i gromadzących się wokół ofiar ludzi z telefonami komórkowymi, kręcącymi filmy i wysyłającymi je do telewizji Al-Dżazira. Oczywiście za pieniądze i z odpowiednią obróbką, wskazującą „prawdziwych” sprawców. W zależności od tego, kto płacił. W ten sposób powstaje wiele materiałów telewizyjnych, emitowanych później w Al-Dżazira (wyraźnie propagandowo wspierającej rebeliantów), powtarzanych przez większość mediów zachodnich. Materiały najczęściej są tak przygotowane, by wskazywały na atak sił rządowych na cywilów. Siostra Agnès-Mariam natomiast zbiera relacje świadków, w tym chrześcijan, którzy nierzadko muszą uciekać przed bojówkami, próbującymi „wyzwolić” kraj od rządów Baszara Al-Assada. Zakonnica często była oskarżana przez media zachodnie (m.in. przez francuski dziennik „Le Monde”), że jest niewiarygodna, bo wspiera reżim, który morduje własny naród. Tymczasem Agnès-Mariam nie widzi wszystkiego w czarno-białych barwach, nieraz wypominała władzom błędy, które doprowadziły do eskalacji konfliktu.

Tyle tylko, że nie może nie mówić o tym, co dostrzega każdy uczciwy obserwator tej wojny: od dawna nie mamy do czynienia z powstaniem Syryjczyków przeciwko despocie, tylko z regularną destabilizacją kraju przez zagraniczne bojówki islamskie, które same też z pewnością nie działają bez mocodawców.

Setki ofiar w pustym mieście

W takim też kontekście należy patrzeć na raport, który jest wynikiem śledztwa niezwykłego detektywa w habicie. W skrócie konkluzja dokumentu jest taka: atak został wyreżyserowany i przeprowadzony przez rebeliantów. Dowody? Po pierwsze rejon Ghouta (w którym miało dojść do ataku gazowego), otaczający Damaszek od wschodu i południa, od dłuższego czasu był prawie wyludniony. Wcześniej przez wiele lat osiedlali się w nim damasceńska klasa średnia i rolnicy. Rejon będący pograniczem między ponad 2-milionową metropolią a syryjską pustynią był w miarę dobrym miejscem do uprawy warzyw i owoców, ale również do spokojnego mieszkania, z dala od hałaśliwych ulic Damaszku. Jednak w miarę narastania konfliktu i opanowywania rejonu przez rebeliantów Ghouta pustoszała. Jej mieszkańcy przenosili się często z powrotem do centrum Damaszku, gdzie większość miała krewnych. W raporcie s. Agnès-Mariam pojawia się wypowiedź Mahmuda Abdela Salama, dyrektora kilku instytucji edukacyjnych w rejonie Ghouta: „Dzisiaj Ghouta jest pusta. Została tylko garstka rdzennych mieszkańców, którzy nie mieli dokąd uciekać”. A zatem podstawowe pytanie jest następujące: skąd nagle w wyludnionym rejonie znalazło się tak dużo ofiar ataku? Po drugie – dlaczego wśród ofiar znalazły się osoby, które nie miały nic wspólnego z rejonem Ghouta? Co więcej, siostra Agnès-Mariam twierdzi, że na zdjęciach i filmach żony i matki rozpoznały swoich mężów i dzieci… porwanych wcześniej przez rebeliantów z wioski alawitów w okolicach Latakii. Przypomnijmy, że alawici to powstała w łonie islamu szyickiego sekta, która w Syrii wprawdzie należy do mniejszości, ale która przez ostatnie dekady była grupą uprzywilejowaną, alawici stanowią trzon elity władzy i wojska, alawitą jest też prezydent Baszar Al-Assad. A zatem czy porwanie alawitów kilka dni wcześniej było częścią przygotowywanej prowokacji? Po trzecie – dlaczego na zdjęciach widoczne są ciała dzieci bez rodziców? I jak to możliwe, że niektóre twarze najmłodszych ofiar znajdują się w różnych miejscach ataku?! Kto i po co przenosił te ciała?

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także