Nowy numer 49/2020 Archiwum

Czar, który prysł

Jubileuszowa, setna edycja legendarnego Tour de France, podobnie jak wiele poprzednich, stała pod znakiem podejrzeń o niedozwolony doping.

Doping? Jaki doping? Najważniejsze, że zagranica słucha „Marsylianki”! – w latach 60. ub. wieku gen. de Gaulle raczej lekceważył coraz głośniejszą dyskusję na temat stosowania różnych pozasportowych środków, które ułatwiały zwycięstwo. Kolarze zresztą specjalnie się z tym nie kryli. Jacques Anquetil, w tamtych czasach wielokrotny zwycięzca wyścigu, bronił „optymalnego przygotowania”: „Dajcie mi spokój. Szprycuję się, bo wszyscy się szprycują. Często robię sobie zastrzyki, więc jeśli teraz ktoś mnie chce oskarżać o doping, ma łatwe zadanie, wystarczy spojrzeć – mój tyłek i uda są jak sito…”. A jednak lata 60. stanowiły przełom. W 1967 r. na alpejskim stoku Mont Ventoux, na którym wcześniej wielu kolarzy traciło przytomność z wysiłku, zmarł Tom Simpson, nafaszerowany wcześniej amfetaminą i koniakiem. Po prostu nagle padł, jadąc pod górę. Kiedy podbiegli do niego kibice, zdążył jeszcze powiedzieć: „Wsadźcie mnie na rower”. Ludzie umieścili Brytyjczyka na siodełku, ale było to już tylko bezwładne ciało. Dopiero po tej śmierci wydano oficjalną wojnę dopingowi. Już w roku 1903 r., w czasie pierwszej Wielkiej Pętli, były problemy z niedozwolonymi środkami. Dzisiaj mogą one wywołać uśmiech: mimo zakazu jedzenia i picia w trakcie wyścigu – uchylonego dopiero wiele lat później – kolarze ukrywali za pazuchą bagietki z suchą kiełbasą i zatrzymywali się przy studniach, by napić się wody.

 

W małych miasteczkach kibice oferowali im wino i sery, więc bywało, że cały peleton zatrzymywał się na dłuższy popas i czekał na spóźnialskich, by ścigać się dopiero przed samą metą. Kolarze budzili podziw i współczucie: publiczność widziała ich wysiłek, ich rowery z trudem przedzierające się przez piaski wiejskich dróg lub godziny trzęsionki na kocich łbach. Perypetie i postawy bohaterów wyścigu wywoływały zażarte dyskusje. Nikt nie zaliczał do dopingu „pomocy boskiej” w przypadku fenomenalnego Włocha Gino Bartalego, nazywanego „Gino pobożnym”, gorliwego katolika. W znakomitym stylu zwyciężył on w 1938 r., by powtórzyć swój sukces dziesięć lat później, już po wojnie. „Pomagała mi św. Katarzyna ze Sieny”, mówił z uśmiechem. Jego sukces symbolizował powojenne odrodzenie sportu, jego zwycięski wymiar duchowy. Ale wkrótce wszystko się zmieniło.

Jedźmy szybciej

W 1949 r. wcześniejszy rywal Bartalego, Fausto Coppi, wygrał Tour de France i przyznał się, że brał amfetaminę. W końcu nie była zakazana. Tak rozpoczęła się epoka coraz bardziej zaawansowanej chemii. Używanie amfetaminy zostało zabronione dopiero w 1955 r., kiedy Francuz Jean Malléjac o mało nie umarł na stoku Mont Ventoux. Zakaz był jednak czymś umownym, bo aż do śmierci Simpsona właściwie nie przeprowadzano kontroli antydopingowych. Od 1968 r. odbywały się one codziennie i zaczęły się zdarzać pierwsze wpadki. Kolarze jednak tłumaczyli obecność podejrzanych substancji koniecznością brania lekarstw na kaszel lub „czymś w wodzie” podanej przez nieznanego kibica. Dyskwalifikacje były wielką rzadkością. Na kontrolach antydopingowych kolarze oddawali czysty mocz z dyskretnych gumowych gruszek trzymanych pod pachą – plastikowa rurka biegła pod długim rękawem koszulki aż do przegubu. Minęło dziesięć lat, zanim nakazano zawodnikom się rozbierać (w 1978 r.). Kiedy zaczęto pobierać krew, nikt już nie stosował amfetaminy i trzeba było kolejnych lat, by nauczyć się wykrywać steroidy. Zresztą Międzynarodowej Unii Kolarskiej najwyraźniej nie bardzo zależało na walce z dopingiem. Łatwo uwzględniano odwołania zawodników, a lista substancji zakazanych wydłużała się ze znacznym opóźnieniem w stosunku do listy Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Najważniejsza była dyskrecja. Dziennikarze sportowi akredytowani przez federację kolarską przyjaźnili się z zawodnikami. Nikt nie chciał, by czar prysł – doniesienia medialne o dopingu pozostawały dyskretne, co dawało złudzenie, że doping jest czymś wyjątkowym. Tour de France ciągle ewoluował. Dawni zwycięzcy zadowalali się wieńcami, medalami i sławą, później w grę wchodziły coraz większe pieniądze. Wyścig pozostał czymś w rodzaju odświętnego, wędrownego jarmarku. Darmowy spektakl sportowy, otoczony rozdającymi gadżety wozami reklamowymi przyciągał na pobocza dróg miliony widzów. Media i wielkie koncerny nie żałowały środków, bo potencjał reklamowy imprezy zyskał dzięki telewizji wymiar planetarny. Lipcowe, ludowe święto zmieniło się w sprawnie zorganizowaną maszynę do zarabiania, w której kolarze stanowili tylko jeden z trybików.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama