GN 48/2020 Archiwum

Drogie królewskie dziecko

Jeśli dziecko nie jest chciane, przestaje być traktowane jak człowiek.

Gdy piszę te słowa, Wielka Brytania i połowa świata podobno wstrzymują oddech. Bo oto pierwsze swoje dziecko rodzi księżna Katarzyna. Podobno towarzyszy jej mąż, książę William. A świat obserwuje doniesienia stacji telewizyjnych i czyta doniesienia portali internetowych. Dziecko królewskie podobno podnosi ciśnienie zarówno prostym Brytyjczykom, jak i koronowanym głowom: bo oto monarchia zachowa ciągłość.

A mały książę, bądź księżniczka, za czas jakiś założy koronę oraz zgarnie majątek, który opiewa na niebotyczne sumy. Drogie dziecko – można rzec – w przenośni i dosłownie. I oczywiście należy królewskiemu dziecku życzyć wszystkiego, co najlepsze: przede wszystkim miłości rodziców, pogodnego dzieciństwa, prawa do prywatności i zdrowia. A jego rodzicom, by się kochali coraz bardziej i potrafili stworzyć potomkowi dobry dom. Chociażby w pałacu… I jedno tylko w tej ogólnej radości pt. „baby royal” zastanawia, czy wręcz powoduje pewien dysonans poznawczy.

Otóż dziecko królewskie, oczekiwane przez rodziców i miliony Brytyjczyków, od początku było… dzieckiem. Nawet jeszcze wtedy, gdy para książęca starała się o nie. I rzecz jasna, książątko dzieckiem było od początku książęcej ciąży. „Wielka Brytania czeka na dziecko”. „Księżna Kate cieszy się z dziecka”, „Z powodu porannych nudności księżna Cambridge w obawie o dziecko trafiła do szpitala”, itd. Media angielskie, które przez prawie dziewięć miesięcy przeprowadzały relacje on line z brzucha księżnej Kate, pisały o królewskim potomku zawsze z pełnym szacunkiem, oddając (słusznie zresztą) kilkucentymetrowemu człowiekowi należną godność. Jednocześnie jednak, niemal na tych samych stronach, opisywały pozostałe dzieci, które nie miały szczęścia począć się w rodzinie królewskiej. A opisywały zgoła inaczej. Pół biedy, gdy dzieci były planowane. Wtedy zwykle miały jeszcze szansę być nazywane „dziećmi”.

Jeśli jednak konkretne dziecko nie tylko nie miało rodziców książąt, ale po prostu nie było chciane, jego ranga natychmiast malała. Stawało się „podludziem” – płodem w najlepszym wypadku, problemem niepełnoletniej matki czy też po prostu „prawem wyboru”. A jak wiadomo, z tego „prawa wyboru” brytyjskie matki korzystają w przerażającej liczbie. Straszne to czasy, gdy tylko „płód w koronie” to dziecko. Koronujmy więc, jak się da, wszystkie pozostałe, drogie (!) dzieci. Dopóki są.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Leszek Śliwa

Zastępca sekretarza redakcji „Gościa Niedzielnego”

Prowadzi stałą rubrykę, w której analizuje malarstwo religijne. Ukończył historię oraz kulturoznawstwo (specjalizacja filmoznawcza) na Uniwersytecie Śląskim. Przez rok uczył historii w liceum. Przez 10 lat pracował w „Gazecie Wyborczej”, najpierw jako dziennikarz sportowy, a potem jako kierownik działu kultury w oddziale katowickim. W „Gościu Niedzielnym” pracuje od 2002 r. Autor książki poświęconej papieżowi Franciszkowi „Franciszek. Papież z końca świata” oraz książki „Jezus. Opowieść na płótnach wielkich mistrzów”, także współautor dwóch innych książek poświęconych malarstwu i kilku tomów „Piłkarskiej Encyklopedii Fuji”. Jego obszar specjalizacji to historia, historia sztuki, dawna broń, film, sport oraz wszystko, co jest związane z Hiszpanią.

Kontakt:
leszek.sliwa@gosc.pl
Więcej artykułów Leszka Śliwy

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także