Nowy numer 49/2020 Archiwum

Znak Czasu dla kościoła w Polsce

Ico, nawróciłeś się? – zapytał mnie kolega „po fachu”, lekko ironicznie. „Tak” – odpowiedziałem. Wiem, że te słowa zweryfikuje czas i życie, ale jestem przekonany, że warto było przeżyć to spotkanie.

Ojciec John Bashobora zaskoczył mnie mocnym akcentowaniem zwyczajnego życia chrześcijańskiego. Musimy potraktować na serio sakramenty chrztu i bierzmowania, wzywał. Odkryć, że jesteśmy Kościołem, Ciałem Chrystusa. Uwierzyć, że Jezus Chrystus żyje w nas. – Gdzie są wasze Biblie? – pytał kaznodzieja z Ugandy. – Dlaczego nie potrafimy rzucić palenia, czemu nasze nałogi są silniejsze od nas? – proste, a ważne pytanie. O. Bashobora często cytował papieża Benedykta XVI. Wielokrotnie wzywał do spowiedzi, podkreślając, że w tym sakramencie zostajemy nie tylko oczyszczeni z grzechów, ale napełnieni Duchem Świętym do życia w świętości. Modliliśmy się Różańcem, Koronką do Bożego Miłosierdzia, Eucharystią, adoracją Najświętszego Sakramentu, wspólnym śpiewem, wzniesieniem dłoni, modlitwą wstawienniczą za siebie nawzajem, oklaskami na cześć Zbawiciela. To było piękne doświadczenie jedności, siły wspólnej modlitwy, radości bycia blisko Chrystusa i bycia częścią Kościoła. Najmocniej poczułem to na Eucharystii. Siła wspólnego śpiewu 60 tys. moich sióstr i braci, niesamowite!

Cały czas modlili się z nami abp Henryk Hoser i bp Marek Solarczyk. Ich obecność była ważnym świadectwem. Nie widziałem osobiście żadnych spektakularnych uzdrowień, choć o. Bashobora ogłaszał, że Jezus uzdrawia z konkretnych schorzeń. Wierzę jednak, że takie uzdrowienia dokonały się. Świadectwa pewnie się pojawią. Przecież uzdrowień dokonywał nie tylko sam Jezus, ale miały one miejsce także w Kościele opisanym w Dziejach Apostolskich, a współczesny Kościół jest jego kontynuacją. Więc dlaczego uważamy, że to niemożliwe dziś? Rekolekcje na Narodowym były wybudzaniem polskich katolików do żywszej wiary. Takiej, która traktuje Boga jako żywą osobę działającą w historii, a nie ideę lub dalekie, odległe, zimne bóstwo. Tu i ówdzie pojawiają się drwiny lub zarzuty, że to tylko emocje. Owszem, to były emocje, jak to na stadionie. Bardzo pozytywne, obudzone dzięki słowu Bożemu, wierze i modlitwie. Dużo radości, wzruszenia, poczucia przynależności do wspólnoty. Nic w tym złego. Za tymi emocjami może pójść coś więcej. Rozbudzenie uczuć we wspólnotowej modlitwie służy tylko temu, aby pomóc człowiekowi się odblokować, wydobyć postawę dziecięcej prostoty i zaufania Ojcu, otworzyć serce na głębsze doświadczenie Boga, na zjednoczenie z Nim. Czy można jednoczyć się z Bogiem-miłością, nic nie czując? Powie ktoś, że droga do zjednoczenia z Nim wiedzie przez ciszę, medytację i codzienną pracę nad sobą. Owszem, ale nieraz człowiek potrzebuje także takiego emocjonalnego, wspólnotowego przeżycia. Nie trzeba przeciwstawiać sobie różnych form pobożności, one się dopełniają. Tomasz Rowiński, publicysta związany z „Christianitas” i „Frondą”, ubolewa („Rzeczpospolita”, 8 lipca 2013) nad „religijnością stadionową”, bo przecież nie powinno Kościołowi chodzić o fajerwerki, ale o głęboką pobożność i wierność rubrykom. Odpowiem tak: najbardziej katolicka jest litera „i”. Ważne są i pacierz, i Eucharystia, i wspólnotowe świętowanie wiary. Przecież nikt nie zakłada, że od dziś będziemy modlić się tylko na stadionach. Zresztą najważniejszym punktem rekolekcji była Eucharystia odprawiona przez biskupa zgodnie z rubrykami mszału. Autor tekstu sam najwyraźniej nie był na stadionie, bo nie opowiadałby, że brakowało tam księży do spowiedzi. Pewnie, że komuś może nie odpowiadać charyzmatyczna modlitwa, ale czy to daje mu prawo, by ją deprecjonować jako banalizację wiary? Ilu ludzi we wspólnotach posługujących się charyzmatami odnalazło żywą wiarę, doświadczyło nawrócenia? Rekolekcje na stadionie są, moim zdaniem, ważnym znakiem czasu. Zasadą życia Kościoła jest zarówno wierność Tradycji (przekaz wiary z pokolenia na pokolenie), jak i otwieranie się na Nowość (Duch Święty działa tu i teraz w każdym pokoleniu). Środowiska tradycjonalistyczne skupiają się tylko na tym pierwszym wymiarze, owocem czego jest martwy konserwatyzm, zamienianie Kościoła w muzeum. Drugie ekstremum to ruchy charyzmatyczne (głównie pozakatolickie), które tak mocno skupiają się na nowości, że gonią tylko za cudownościami, gubiąc prawdę Ewangelii czy posłuszeństwo pasterzom. Autentyczna odnowa Kościoła dokonuje się wtedy, gdy oba wymiary są uwzględnione. Mam silne przekonanie, że na Stadionie Narodowym ta równowaga była utrzymana, więc wierzę, że jego owoce będą trwałe.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama