Nowy numer 48/2020 Archiwum

Zdrowienie z homoseksualizmu

Czy warto było poświecić 25 lat życia na poszukiwanie i rozwiązanie? Zdecydowanie tak! Dla mnie nie było alternatywy. Bo czy może być alternatywa dla bycia zdrowym i silnym człowiekiem?

Chciałbym napisać o problemie, który już kilka razy pojawił się w świadectwach, a który obecnie jest w jakiś sposób aktualny i coraz bardziej obecny w życiu publicznym. Tym problemem są odczucia homoseksualne.

Świadomie piszę „odczucia”, a nie „tożsamość”, bo na podstawie moich doświadczeń stwierdzam, że jest to coś, co może się zmienić, jest to coś tymczasowego, coś, co nie określa mnie na całe życie. 

Również świadomie piszę „problem”, bo dla mnie osobiście przez długie lata był to najważniejszy życiowy problem, utrudniający mi życie. Wiem, że również dla wielu ludzi jest to ogromny problem, i to nie tylko tych, dla których wiara i życie religijne jest bardzo ważne.

Ale od początku…

Pierwsze odczucia homoseksualne pojawiły się u mnie jeszcze w szkole podstawowej. Na początku wywoływały u mnie zdziwienie, potem zaniepokojenie, a gdy po kilku latach zdałem sobie sprawę, że to jest coś poważniejszego, przerażenie. Gdy zdałem sobie sprawę, że te uczucia nie znikną ot tak, same z siebie, byłem naprawdę załamany. Na progu dorosłego życia czułem się jak młody ptak z pociętymi skrzydłami. Pytałem Boga: „dlaczego mnie to spotyka, dlaczego mi to robisz?”. Jednak mimo załamań trzeba było żyć dalej. Mając około 18-19 lat podjąłem decyzję, że bez względu na to jak długo to potrwa, będę szukał pomocy, aż przezwyciężę ten problem.

Po szkole średniej poszedłem na studia i korzystając z życia w dużym mieście zacząłem szukać pomocy w przezwyciężeniu swoich skłonności. Trafiłem do różnych ludzi, także do takich, którzy uważali, że trzeba to zaakceptować, i jakoś ułożyć sobie życie. Dla mnie było to nie do zaakceptowania; z powodów religijnych (jestem z tradycyjnej, katolickiej, polskiej rodziny), ale także emocjonalnie z powodu strachu przed ujawnieniem się, nie mówiąc już o znalezieniu sobie partnera i wspólnym życiu. Jedyna osoba w rodzinie, która wie o moim problemie, to mój brat, z którym jestem najbliżej związany.

Z drugiej strony trafiłem też na ludzi, którzy mi pomogli. Pod koniec studiów trafiłem na psychoterapię grupową i indywidualną, które pomogły mi trochę otworzyć się na świat i ludzi. Sam problem jednak nie znikł.

Przez następne około 10 lat żyłem trochę w stanie zamrożenia. Z jednej strony nie wszedłem w środowisko gejowskie, ale z drugiej nic nie przynosiło zmiany homoseksualnych odczuć. Bardzo chciałem założyć rodzinę, ale chcąc być uczciwym wobec siebie i innych, nie zrobiłem tego. Czułem, że najpierw muszę rozwiązać mój własny problem, zanim założę rodzinę.

Mając 36 lat, zniecierpliwiony dotychczasowym trochę biernym życiem, trafiłem na psychoterapię grupową dla mężczyzn z problemem homoseksualnym, prowadzoną przez księdza psychoterapeutę. To było to, czego wtedy dokładnie potrzebowałem, czyli terapii prowadzonej przez mężczyznę i dla mężczyzn z takim samym problemem. To była taka „gwiazdka z nieba” dla mnie. Pozwoliła mi ona odnaleźć swoje „dziecko wewnętrzne” i pokochać je, a także uruchomić na nowo swój rozwój emocjonalny, który z jakichś powodów zatrzymał się 30 lat wcześniej. Od tego czasu minęło kilka lat. W tym czasie zrobiłem wiele innych warsztatów i rekolekcji, żeby wspomóc swoje dorastanie do bycia zdrowym i silnym człowiekiem i mężczyzną.

Po ponad 20 latach poszukiwań, zmagań się z problemem homoseksualnym i „naprawianiu siebie”, mogę powiedzieć, że problem homoseksualny przestaje istnieć, rozwiewa się jak mgła. W moim wypadku był on objawem innych problemów, ich rezultatem.

Czy warto było poświecić 25 lat życia na poszukiwanie i rozwiązanie? Zdecydowanie tak! Dla mnie nie było alternatywy. Bo czy może być alternatywa dla bycia zdrowym i silnym człowiekiem? A jeżeli to się osiągnie, to problem homoseksualny przestaje istnieć.

Być może mało tu piszę o swojej relacji z Bogiem, ale mimo tych wszystkich terapii, i warsztatów, które zrobiłem, zmiana nie byłaby możliwa bez Bożej łaski. To, co w wieku 18 lat uważałem za swoje przekleństwo, zacząłem w pewnym sensie uważać za Boże zadanie, które pozwoliło mi świadomie dojrzeć do bycia mężczyzną. 

Nazwisko znane redakcji.

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama