Nowy numer 47/2020 Archiwum

Nagle czytam: Podnoszę cię z barłogu i gnoju...

Śmierdziałem naftą i byłem poplamiony cały, a ona kazała mi wyjść za drzwi. Gdy siedziałem na schodach, przechodzący tam bezdomni i bywalcy tego miejsca dali mi kilka drobnych, bym sobie coś kupił do jedzenia.

Pochodzę z rozbitej rodziny, ojciec alkoholik, mama też wypiła czasem. Mam czworo rodzeństwa, które, podobnie jak ja, zasmakowało krwi i łez latami. Byliśmy bici od małego. Jak byłem mały, któregoś dnia pijany ojciec wyciągnął mnie z łóżeczka i wyrzucił mnie na klatkę schodową, podniosła mnie sąsiadka, która wyskoczyła zaalarmowana krzykiem mojej mamy. Podniosła mnie, nakarmiła i zaniosła do domu. Długo by opowiadać… Ojciec bił pięściami, aż sikałem w majtki, kopał, rzucał po ścianach, matka bita aż krew się lała, wylatywały szyby, pełno szkieł, krzyk bitej do krwi matki, obdzieranej z ubrań i… i tak przez cale lata. Jak byłem mały, a ojciec wrócił pijany, to bił matkę do krwi, rzucał wszystkim, po czym wpadał do pokoju, wyrzucał nas z łóżek i bił, kopał i tłukł pięściami, lała się krew ze łzami, kto mógł to biegł na pocztę w nocy dzwonić po milicję, milicja przyjeżdżała i zabierała ojca albo i nie. Gdy ojciec bił, to czasem udało mi się schować pod biurko i tam sikałem w majtki i modliłem się, żeby tata przestał. Po godzinie modlitwy przestawał czasami, czasami wcześniej – było rożnie, czasami ojciec mnie tam znajdował i wyrywał mnie spod biurka i tłukł, moja siostra płakała, krzyczała, matka, zalana krwią, krzyczała o ratunek, ale ratunek nie nadchodził. Jeśli któremuś z nas udawało się wybiec z domu, to biegło się na boso i w majtkach i podkoszulku do telefonu, żeby dzwonić po milicję, zima czy deszcz, nieważne, biegło się. Takie mieliśmy dzieciństwo…

Potem, po upadku komuny, przyszły lata głodu, zbieraliśmy chleb po śmietnikach, żebraliśmy, kradliśmy nocą kapustę po polach i ziemniaki. Odcięli prąd i gaz, bo rodzice nie płacili całe lata za mieszkanie. Moje rodzeństwo tak samo doświadczyło tego wszystkiego i jedna jedyna siostra, którą obdarły te wydarzenia z dziewczęcej niewinności, ze świata dziecka, które poznaje świat. A tego świata nie było po prostu…

Byłem chyba w czwartej klasie lub piątej podstawówki, ojciec wrócił niedzielnego poranka do domu – od razu wszedł do naszego pokoju i obudził mnie. – Palisz papierosy? Nie – odpowiedziałem (a paliłem) – Palisz papierosy? – zapytał pijany. – Nie, tato, nie palę –odpowiedziałem, cały trzęsąc się. Dostałem z pięści w twarz i zsikałem się od razu ze strachu. Ojciec wziął mnie i rzucił mną o kaloryfer. Zalałem się krwią od razu. Głowa rozbita, na ścianie krew spływa, matka krzyczy i płacze, dostała i ona… Chodziłem tak kilka dni z rozbitą i nieumytą głową. Pamiętam jak ojciec bił mojego najstarszego brata, wyciągnął go z mieszkania, wsadził do windy i zaczął go tam dusić i bić za to, że dał słodkie cukierki mojej siostrze, którą bolał ząb. I tak z roku na rok… Długo by opowiadać.

1997 r. Matka umiera na raka w szpitalu, zawalił się nasz świat. Ojciec pije, zostaliśmy sami, bez pomocy znikąd. Mój najmłodszy brat, urodzony z lekkim upośledzeniem, płacze, ma 12 lat… Jeszcze tego samego roku eksmisja z mieszkania do nowo wybudowanych jednopiętrowych bloków socjalnych. Decyzja ZUS – żadna renta się nie należy, choć matka miała ponad dwadzieścia lat pracy. Jakimś cudem pokończyliśmy szkoły. Jesteśmy teraz w nowym mieszkaniu, gdzie eksmitowano nas do dwóch jednopiętrowców, rodziny alkoholików, rozbite i zniszczone do cna. Libacje dzień i noc prawie wszędzie, stęchlizna, smród niemytych ciał, wina i papierosów. Przyjeżdżają jacyś ludzie do tych, co tam mieszkają i porywają ich z mieszkań, na klatce schodowej krew, rozbijane drzwi i napadani ludzie. Mnożą się pobicia, porachunki, Policja bezradna. Ojciec pije nadal, nic się nie zmienia. Nawet karaluchy przywędrowały razem z nami. Po jakimś czasie odcinają prąd, a ciepła woda jest na prąd. Nie ma czym zapłacić. Mój najmłodszy brat któregoś dnia ląduje w szpitalu. Niedotlenienie mózgu, zator i niedowład jednej strony ciała. Nie może mówić, został sam, odwiedzamy go z siostrą w szpitalu, do którego trzeba jechać 100 km. Rehabilitacja trwa kilka lat. Opieka Społeczna umieszcza go w domu, który ma go przygotować do dorosłego życia. Po kilku latach wychodzi stamtąd i dostaje mieszkanie. Idę do wojska, siostra dzwoni czasami, przychodzę do domu na przepustkę, bo ojciec szaleje, awantury i tak dalej. Nasze życie to ciągły strach, paniczny strach, koszmary nocne…

2002 r. na jednej z Mszy jacyś ludzie mówią coś, że byli na krawędzi rozwodu i zapraszają na spotkanie. To byli katechiści z Drogi Neokatechumenalnej. Samych katechez nie pamiętam. Tylko pamiętam konwiwencję wyjazdową. Tak trafiłem na tę Drogę, która ocaliła mi życie. Choć bieda jest nadal i w moim życiu nic się nie zmienia do czasu. Uciekłem z domu któregoś dnia i już nie wróciłem. Pracowałem z ojcem w warsztacie samochodowym na czarno i tam spałem w jednym pomieszczeniu, bez łazienki, w kurzu i popiele ze stojącego w tym pomieszczeniu piecyka. Po jakimś czasie udało mi się znaleźć prace dzięki pomocy jednego człowieka z samorządu lokalnego, do którego napisałem list z prośbą o pomoc. Wynajmowałem pokój i skończyłem jakimś cudem studia, pracując na zmiany jednocześnie. Chodziłem do wspólnoty – do czasu, jak się okazało. Każde z rodzeństwa poszło w swoją stronę, wszelkie więzi miedzy nami rozbite, nie zostało nic. Podczas jednego z etapów ksiądz dominikanin z ekipy podchodzi do mnie: – Ale ty jesteś zademoniony, chłopie!!! – mówi mi w twarz. Nie wiedziałem, co on do mnie mówi, ale na prawdziwość tych słów nie trzeba było długo czekać.

Pewnej nocy obudził mnie przeraźliwy ryk nad uchem. – Zniszczę cię!!! Zerwałem się natychmiast i z płaczem, na kolanach, modliłem się, cały się trzęsąc. Nie wiedziałem co to było. Ogarnął mnie paniczny strach, płakałem i modliłem się. Po mniej więcej godzinie modlitwy do Matki Bożej położyłem się i modliłem się dalej. Demon upomniał się o mnie. Nie zdawałem sobie sprawy, jak dalej potoczą się moje wydarzenia, naprawdę nie zdawałem sobie sprawy, jak źle będzie. A było potem źle, tylko nie wiedziałem, że aż tak źle. Założyłem sobie po raz pierwszy internet i zaczęły się czaty, poznawanie dziewczyn. Bywało i tak, że miałem dwie dziewczyny jednego dnia, a czasem trzy. Przestałem chodzić do wspólnoty i zniknąłem na kilka lat. Kiedy już nie chodziłem od jakiegoś czasu na Drogę, odwiedził mnie i moich współbraci ze wspólnoty, gdzie wynajmowaliśmy mieszkanie, główny odpowiedzialny. Gadka-szmatka, pytania a czemu nie chodzimy i tak dalej, i zapraszają, abyśmy przyszli. Gdy już miał wychodzić, stając w drzwiach nagle odwrócił się do mnie i mówi: – Uważaj, demon dobrał ci się do skory – i wyszedł. Postałem, posłuchałem, i tyle z tego było. A ja cóż – czaty, mężatki, seks, filmy pornograficzne. Totalne dno. Budowałem swój świat urojeń, kupiłem jakiegoś gruchota, miałem samochód. I tak przez kilka lat. Wyjechałem za granicę, miałem wówczas dziewczynę, którą zdradziłem nie raz jeden. I trafiłem bardzo źle. Wyzwiska, poniżanie, praca nie do wytrzymania, nie dałem rady. Pracowaliśmy od świtu do nocy. Upały po czterdzieści stopni i więcej. Przeniesiono mnie po kilku miesiącach gdzie indziej. Miałem komputer, internet. Od wielu lat zniewolony onanizmem i pornografią, i wokół tego kręciło się moje życie. Poznałem mężatkę, dla której zdradziłem moją dziewczynę. Zostawiłem ją i  zjechałem do Polski, zakochany, „szczęśliwy”. Ale Pan nie zapomniał o mnie, a wspólnota modliła się przez cały ten czas, odkąd odszedłem. Jestem z natury zazdrosny i zaborczy, poplątany i rozbity emocjonalnie. A Pan wykorzystał to, aby mnie ratować. Doszedłem do takiego etapu, że mówiłem sobie w sercu: „choćbym miał pójść do piekła, to chcę się czuć choć na chwilę kochany”. Ale Pan Bóg wałczył o mnie jak lew. Po kilku miesiącach wylądowałem na ulicy, zdruzgotany, zniszczyłem tej kobiecie życie. Z powodu wykrycia „zdrady” oszalałem, dosłownie oszalałem i rozpętało się piekło i wylądowałem „nosem na ulicy”. Straciłem nagle dobrze płatną pracę i zostawiłem kobietę z ogromną raną w sercu, oszukaną i zniesławioną, z długami.

Był dzień Bożego Narodzenia, siedziałem sam w wynajętym pokoju, który wynająłem za ostatnie pieniądze, zbity jak pies, głodny i w totalnej rozpaczy. Jakimś cudem wziąłem telefon i zadzwoniłem do Głównego Odpowiedzialnego wspólnoty i powiedziałem mu, co się stało i gdzie jestem. Przyjechali bracia i zabrali mnie do siebie. Rozmawiałem z Głównym Odpowiedzialnym który mi powiedział: „Zostań w mieście, nigdzie nie jedź, a Pan Bóg znajdzie rozwiązanie”.

Myślałem, że wrócę już do wspólnoty, ale zły nie odpuszczał. Gdy wróciłem do siebie, po Nowym Roku zadzwonił telefon od rodziny, że jest wyjazd za granicę i czy chcę jechać, bo trzeba się szybko pąkować, bo nazajutrz jest wyjazd. Zgodziłem się niemal natychmiast. Nie sądziłem, że tak tragicznie się to zakończy dla mnie.

Trafiłem do warsztatu samochodowego wraz z jednym facetem z Polski, który przyjechał razem ze mną. Miałem naprawiać karoserie. Zima, brak znajomości fachu i języka. Praca nielegalna, śpię w jakiejś norze na zapleczu warsztatu, brud niesamowity. Jedzenie się kończy, nie ma czym się przykryć i trzeba spać w ciuchach. Wiec narzekam i narzekam, i do tego jeszcze z braku umiejętności tracę pracę. Ale dali mi szanse w innym miejscu, gdzie zostałem napadnięty i okradziony przez ludzi, z którymi pracowałem. Uciekłem stamtąd w panice jeszcze tego samego wieczoru, łapiąc moje walizki i wracam do poprzedniego miejsca gdzie byłem – do warsztatu. Tam, ponownie napadnięty, byłem bity, kopany przez kilka godzin. Miałem zostać zamordowany, bo tak gadali, że to zrobią. Polewany jakimś kwasem i naftą i podpalany, i szybko mnie gasili. Po całonocnym biciu, pijani i pod wpływem narkotyków oprawcy idą do domu, a mnie zostawiają. Uciekłem stamtąd na ulicę i błąkałem się po mieście. Ledwo co chodziłem, dowlokłem się w jakieś miejsce i zobaczyłem jakiś kościół. To była katolicka parafia. Z uwagi na to, że było bardzo wcześnie rano, a kościół był zamknięty, błąkałem się nadal po mieście, czekając aż go otworzą. Był styczniowy niedzielny poranek i ja sam w wielkim obcym mieście. Gdy otworzyli kościół, to wszedłem do przedsionka i usiadłem. Miałem małe Pismo św., i totalnie zrezygnowany i załamany, czytałem psalmy. Ludzie zbierali się na poranną Mszę św. Zobaczyłem jakiegoś księdza, podszedłem do niego i kilkoma niezdarnymi słowami powiedziałem, co się stało, i czy może mi pomoc. To był proboszcz tej parafii. Ledwo co chodziłem, byłem zmarznięty. Proboszcz wyprowadził mnie na mały placyk przed plebania i pokazał mi człowieka – bezdomnego, który spał na dworze całą noc pod drzwiami tego kościoła, we własnych odchodach. Proboszcz powiedział mi: – Widzisz tego człowieka? On tu spał całą noc i jemu też nie mogłem pomoc – jakoś tak mi powiedział. Dal mi kartkę z adresem YMCA i kazał iść. Ledwo wyszedłem z tego kościoła i szukałem tego YMCA. Zaczepiałem ludzi i pytałem gdzie to jest, ale nikt dokładnie nie wiedział. Po ponad dwóch godzinach znalazłem tę organizację, wszedłem do środka i powiedziałem, co się stało, i że potrzebuję pomocy. Ale odmówiono mi, bo nie miałem skierowania, i kazali mi iść. Byłem tak zmarznięty, że chciałem się chwile ogrzać, ale za chwile wyszła dziewczyna z recepcji i z widoczną odrazą kazała mi iść. Śmierdziałem naftą i byłem poplamiony cały, a ona kazała mi wyjść za drzwi. Gdy siedziałem na schodach, przechodzący tam bezdomni i bywalcy tego miejsca dali mi kilka drobnych, bym sobie coś kupił do jedzenia. To był sam Chrystus, który mi pomógł poprzez tych bezdomnych.

Ostatnia nadzieja zgasła, jestem sam w obcym kraju, gdzie nie znam nikogo, wielkie miasto i co dalej? Nie wiedziałem co robić. Wróciłem do tego kościoła, wszedłem do przedsionka i usiadłem. Zimno było, bo drzwi były otwarte i wchodzili ludzie na Mszę poranną. Przyszedł proboszcz i obserwował mnie z niewielkiej odległości, podszedł do mnie, a ja powiedziałem mu, że tam nie dostałem pomocy i poprosiłem go o pomoc jeszcze raz. Powiedział mi, że mogę zostać tu jak długo trwa Msza, ale potem mam sobie iść. Nie może mi pomóc, i z uśmiechem na twarzy powiedział mi, że nic nie jest w stanie dla mnie zrobić. Siadłem i wyjąłem Pismo św. i czytam psalmy. Zaczęła się Msza, więc wszedłem do kościoła na Mszę, bo tam było ciepło. Wstydziłem się i usiadłem zupełnie z tyłu, czułem jak śmierdzę naftą. Msza się skończyła i musiałem wyjść znów do przedsionka. Otworzyłem psalmy i czytałem, totalnie załamany, bo wiedziałem, że za chwilę muszę iść sobie. Proboszcz stale obserwował mnie, wyraźnie zniesmaczony. W którymś z psalmów czytam nagle coś takiego: „To Ja ci szykuję dziś mieszkanie, podnoszę cię z barłogu i gnoju, by posadzić cię z królami i możnymi tego świata”. Usłyszałem wyraźnie te słowa w sercu – i nic więcej nie pamiętam. Nagle ten proboszcz mnie woła i każe iść za sobą na plebanię. Nagle znaleźli się jacyś ludzie – Polacy, którzy przyjadą po mnie za 40 minut. Od tych słów, które usłyszałem z psalmu, minęła dosłownie chwila i zostałem uratowany. Mało tego – zostałem ugoszczony jak król. Małżeństwo, które mnie uratowało, obdarowało mnie mnóstwem ciepła i serdeczności. Zobaczyłem Pana, który pochyla się nade mną. Spałem jak król i jadłem jak król. Potem zajęła się mną nieznana mi kobieta, do której pojechałem pociągiem i tam u niej dochodziłem do siebie i leczyłem potłuczone żebra. Choć sama biedna, oddała mi wszystko co miała. To był niezapomniany czas, gdy fizycznie doświadczałem obecności Chrystusa. Wszystko za darmo. Znalazło się mnóstwo wspaniałych ludzi, którzy zaopiekowali się mną i zadbali o mnie. Pan podarował mi życie na nowo. Dziś doświadczam po raz pierwszy czystości z moją dziewczyną – ja, człowiek zdeprawowany i zniszczony pornografią, zdemoralizowany całkowicie. W zeszłym roku pojechałem do Budapesztu na spotkanie z Kiko Arguello i wstałem, gdy było wołanie do kapłaństwa. Stało się coś niemożliwego. To zawdzięczam Drodze właśnie, która odmienia mnie i leczy.

Chrystus przychodzi do mnie już 34 rok i nadal nie znajduje na mnie żadnego owocu, ale czuję Jego miłość i cierpliwość do mnie – zatwardziałego grzesznika. Nikt nigdy mnie tak nie kochał jak On – za darmo. Kiedyś, przed laty, na Mszy prymicyjnej jednego prezbitera z Drogi, usłyszałem takie słowa: „Duch Święty zbawia nas na krzyżu konsekwencji naszych grzechów”. Spotkałem w Warszawie zeszłego roku tego prezbitera i powiedziałem mu te słowa, których on już nie pamiętał. Był bardzo zdziwiony, gdy mu je przypomniałem. One się zrealizowały w moim życiu. Choć demon nie daje za wygraną, to czuję opiekę i bliskość Chrystusa, który mnie wychowuje i daje znaki swej obecności.

Chcę powiedzieć tobie, że jeśli usłyszysz gdzieś o katechezach, to idź na nie – nie wahaj się. Pan przygotował wielkie rzeczy dla ciebie, człowieku. Ja doświadczyłem namacalnie Jego obecności i miłości. To się dzieje właśnie teraz, codziennie.           

Grzegorz

(Nazwisko znane redakcji)

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama