GN 47/2020 Archiwum

Kto zgasi światło w TVP?

Grecja już wyłączyła publiczne media, bo nie ma na nie pieniędzy. Czy to samo byłoby możliwe w Polsce?


Pytanie nie jest czysto hipotetyczne. Właśnie ruszyła operacja wyprowadzenia na zewnątrz, do spółki, którą wprost nazywa się „butikową”, 550 pracowników TVP. Związek zawodowy „Wizja” uważa, że jest to pierwszy krok do prywatyzacji firmy należącej do Skarbu Państwa. Zarząd TVP zaprzecza i mówi o łagodnej restrukturyzacji. Co na to widzowie? Jeśli wierzyć badaniom, los TVP jest im już obojętny. 


Wyprowadzeni


Zarząd telewizji publicznej przekonuje, że przeniesienie 550 pracowników (z 3480 ogólnej liczby zatrudnionych) do firmy zewnętrznej przyniesie spółce 15 mln zł oszczędności. Ale to wariant optymistyczny, zakładający, że większość z nich po roku przejdzie na własną działalność gospodarczą (do czego mało kto się rwie). – Nikogo się nie pozbywamy, chcemy zmobilizować pracowników do kreatywności – zapewnia prezes Juliusz Braun. Docelowo w TVP ma pozostać na etatach ok. 180 tzw. redaktorów-koordynatorów, reszta usług zamawiana ma być na zewnątrz. – To jest przygotowanie firmy do prywatyzacji – mówią związkowcy. – Gorzej, to wstęp do likwidacji TVP, na której majątek jest wielu chętnych – przekonuje redaktor z 20-letnim stażem w TVP.
Przeciw całej operacji zaprotestowało już zarówno polskie, jak i europejskie stowarzyszenie dziennikarzy. „Choć forma tzw. outsourcingu, czyli przekazania części działalności firmy do podmiotu zewnętrznego, jest powszechnie stosowana w biznesie, to jednak nie są znane przypadki, by podlegała mu podstawowa, operacyjna działalność danego podmiotu, a w przypadku dziennikarzy jest to w dodatku funkcja zaufania publicznego” – napisał w swoim oświadczeniu zarząd SDP.
Jacek Rakowiecki, rzecznik TVP, przekonuje, że outsourcing jest koncepcją wyjątkowo prospołeczną. Chodzi w niej bowiem o to, by nikogo nie pozostawić bez środków do życia. „Przez rok” – dopowiadają związki. Rakowiecki przypomina także, że w TVN i Polsacie jedynie sztabowi ludzie pracują na etatach, a cała reszta została już dawno wyprowadzona na zewnątrz.

Quo vadis TVP?


Jest w tym, co mówi rzecznik TVP, jakaś logika. Telewizja publiczna została pozostawiona sama sobie, politycy świadomie opóźniają decyzje co do jej przyszłości. Topniejące w oczach pieniądze abonentów idą na utrzymanie radiofonii publicznej i regionalnych oddziałów TVP, a praktycznie całość produkcji dwóch głównych anten finansowana jest jedynie z reklam. To już de facto firma komercyjna, więc pokazuje dokładnie to samo co TVN lub Polsat, tak też się zachowuje wobec swoich pracowników. W ciągu 4 lat zwolniono 1200 osób, teraz pora na kolejnych 500. Tak to widzą dziennikarze. I pytają, czy to jest jeszcze telewizja publiczna? 
Rok temu w tekście „Co po abonamencie?” rozważałem na tych łamach trzy możliwe warianty rozwoju sytuacji w TVP: prywatyzację, całkowitą komercjalizację lub przejście do formuły czysto misyjnej. Zmarły niedawno Karol Jakubowicz, znający telewizję jak nikt, proponował wówczas wariant mieszany: „Trzeba podzielić media publiczne; wyłonić to, co jest obowiązkowe dla treści publicznych, i finansować to w większości ze środków publicznych. Oprócz tego powinna powstać także spółka, w skład której wejdą pozostałe programy i która będzie się samofinansować” – mówił, proponując jasny podział na TVP publiczną i TVP komercyjną. Dziś eksperci zachęcają do odważnych kroków w kierunku wariantu czysto misyjnego. Cyfryzacja, czyli dostarczenie odbiorcom nowej oferty, ogólnodostępnej i atrakcyjniejszej pod względem jakości odbioru, to jedyny racjonalny moment, by uzasadnić wprowadzenie niewysokiej, ale powszechnej opłaty audiowizualnej. Zamiast abonamentu. 


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama