Nowy numer 49/2020 Archiwum

Choroba lokomocyjna? Pomódlmy się...

Od dziecka cierpiałam na chorobę komunikacyjną. Jelcze, sany, zapach paliwa, spalin wywoływał torsje nie do opanowania, nawet na krótkich trasach. Aż do tamtego dnia.

Po wyjeździe do Niemiec męczyło mnie przeświadczenie, że muszę pomagać tym, którzy zostali w Kraju, że niby wszyscy liczą na mnie, a ja nie mam z czego pomóc i dlatego prosiłam usilnie Pana, aby sprawił, bym znalazła dużo pieniędzy. Przyrzekałam, że ich nie przywłaszczę, że przekażę potrzebującym w Polsce. Usłyszałam wtedy: „Znajdziesz, ale niedużo”. I nagle – oświecenie. Przecież nie mogę znaleźć dużo, bo musiałabym te pieniądze oddać właścicielowi. Pan jest jednak słowny i sprawił, że naprawdę wkrótce znalazłam - i to w dziwnych warunkach, gdy szłam zimą rano do pracy w zupełnych ciemnościach. Pochyliłam się i podniosłam papierek (jak go zobaczyłam?) – 5 marek. A potem, w takich samych warunkach, podniosłam zmiętą kulkę papieru – 20 marek. Radość była ogromna. Nieważne było, że takie małe pieniążki, ważne było, że to był dar od Pana, bo przecież ja nie podnosiłam nigdy żadnych śmieci z ulicy, i to w ciemnościach, aby sprawdzić, czy to nie banknoty. Poza tym, nigdy potem do dnia dzisiejszego, a minęło już 20 lat, nie znalazłam żadnego banknotu. Zgodnie z obietnicą, te małe pieniążki przekazałam komuś, nie przywłaszczyłam i było to łatwe, gorzej byłoby oddać dużą sumę. Dobry Bóg wie, co robi, a pomagać innym, jak się chce, można za nawet małe, własną pracą zarobione pieniądze.

A oto inne wydarzenie – uzdrowienie. Od dziecka cierpiałam na chorobę komunikacyjną. Jelcze, sany, zapach paliwa, spalin wywoływał torsje nie do opanowania, nawet na krótkich trasach. Problem pogłębił się, gdy w 1990 r. wyjechałam do Niemiec i często wracałam autobusem do kraju. Każda taka podróż to był jeden wielki horror. W czasie mojego jednego pobytu u siostry odbywał się kongres Odnowy w Duchu Świętym w Częstochowie. Siostra zapisała mnie na listę uczestników i z niepokojem myślałam, jak przeżyję tę podróż. Byłyśmy już obie przygotowane do wyjścia z domu, a w podręcznych torbach miałyśmy duży zapas foliowych woreczków, które na pewno byłyby nam potrzebne na tej długiej trasie z Ostródy do Częstochowy. Moja siostra również cierpiała na tę chorobę, pogłębioną jeszcze o silny ból głowy. Przed wyjściem z domu przypomniałam, że musimy już zażyć aviomarin, ale siostra poradziła, abyśmy raczej pomodliły się, prosząc Pana o zdrowie na czas tej podróży, byśmy nie były ciężarem, problemem dla kierowców i wszystkich uczestników tej pielgrzymki. Pomodliłyśmy się krótko, spontanicznie, uśmiechnęłyśmy się znacząco, wyjęłyśmy z toreb wszystkie przygotowane uprzednio woreczki foliowe i wyszłyśmy z domu. Jechałyśmy zwykłym autobusem PKS, starym sanem, cuchnącym spalinami. Wbrew zaleceniom nas dotyczących, odwracałyśmy się do tyłu, patrzyłyśmy przez okna, jadłyśmy, piłyśmy, chodziłyśmy po autobusie, i nic – ani siostra, ani ja nie odczuwałyśmy żadnych dolegliwości, w ogóle o tym nie myślałyśmy, a Pan nas uzdrowił całkowicie i na stałe. Od tego czasu minęło ponad 15 lat. Leciałyśmy do Ziemi Świętej, jeżdżę na pielgrzymki do sanktuariów Europy, często do Kraju i nigdy, ale to nigdy, nie wróciły te straszne problemy żołądkowe. Bogu niech będą dzięki za wysłuchanie naszej modlitwy, za zupełne uzdrowienie nas z tej choroby.

No i jeszcze może jedna Boża interwencja w moim codziennym życiu. Oboje z mężem wtedy jeszcze pracowaliśmy i kominiarz nie mógł dostać się do naszego domu, aby sprawdzić przewody kominowe. Zadzwonił więc do nas z pytaniem, kiedy może nas zastać w domu. Bez namysłu rzuciłam mu: 14.30. Mój podmiejski punktualny pociąg przyjeżdżał o 14.26, a mieszkamy blisko przystanku. Jadę więc z pracy tym moim bardzo punktualnym pociągiem i nagle zatrzymujemy się na pierwszej stacji – mijance, bo trasa jednotorowa – czekamy na spóźniony pociąg pospieszny. Ruszamy dalej i po kilku minutach zatrzymujemy się na drugiej stacji – mijance, aby przepuścić ten wracający już, spóźniony pociąg pospieszny. Siedzę jak na szpilkach i proszę Pana: „Panie, Ty znasz moją głupotę. Kto mądry umawia się tak na styk? Ty wszystko możesz, wyprostuj, napraw, co ja pokręciłam”. Trasa, która mi normalnie zajmowała 11 minut, przedłużyła się do pół godziny. Idę do domu i już z daleka widzę żółtą kartkę przyklejoną do skrzynki na listy. No, to sobie teraz poczytamy... I czytam: „Przepraszam, że dziś nie mogłem przyjść na umówioną godzinę. Będę jutro”. Następnego dnia pociąg przyjechał punktualnie.

Dziękuję Ci, Panie, za pomoc, za rozwiązywanie moich problemów, za prostowanie moich dróg, za to, że zgodnie z obietnicą, czuwasz nad moim wyjściem i powrotem. Dziękuję również za wszystkie doświadczenia i krzyże, którymi się ze mną tak hojnie dzielisz.

Chwała Panu

Genowefa

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama