GN 7/2021 Archiwum

Cud ognia w Jerozolimie

Patriarcha wchodzi do Grobu Pańskiego bez zapałek, zapalniczek. Przed wejściem jest dokładnie przeszukiwany. W środku z kamienia, na którym złożone było ciało Jezusa, nagle wyłania się światło.

Wsamym centrum prawosławnych obchodów wielkanocnych odprawiana jest jedna z najstarszych i najbardziej intrygujących ceremonii chrześcijańskich. Uczestniczył w niej Paul Badde, niemiecki dziennikarz i pisarz. To, co zobaczył na własne oczy, opisał w wydanej niedawno w Polsce książce „Twarzą w Twarz”.

Ogień nie ludzką ręką wskrzeszony?

Przysłuchiwałem się, jak potężnie zbudowany grecki mnich ze szczegółami opowiadał pewnej kobiecie z Ameryki, jak powstaje święty ogień, który każdego roku w Wielką Sobotę około godziny 14.00 patriarcha grecki przekazuje wiernym podczas starodawnej ceremonii. Bez zapałek, bez zapalniczki, bez palących się świec, bez niczego, tylko „ze światłości niebiańskiej”. W ułamku sekundy zamienia bazylikę Grobu Pańskiego w morze płomieni. Rok w rok jest to serce prawosławnych, wielkanocnych obchodów w Jerozolimie, co sprawia, że miasto pełne jest pielgrzymów, szczególnie z Grecji, z wysp i z Rosji, starszych pań w czerni i ich nieogolonych mężów, którzy często niestrudzenie czekali całe dnie przed bazyliką Grobu Świętego na małych składanych krzesełkach. „Czy naprawdę wasz patriarcha zapala świecę paschalną cudownym sposobem?” – zapytałem mnicha. Jego oczy świeciły się tak żarliwie, że nawet ja mógłbym zapalić od nich świecę czy papierosa. „Jak może pan w to wątpić?”, syknął, kręcąc głową. „Ten ogień spada w stu procentach z nieba. To jest absolutnie nadprzyrodzony proces. Ten ogień nie jest wskrzeszony ręką ludzką!”

Płomienie nie parzą

Głośne stukanie obwieściło w ciszy pełnej napięcia, że zaczęła się potrójna procesja patriarchy wokół grobu. Muzułmańscy strażnicy bazyliki Grobu Pańskiego w swoich osmańskich mundurach otworzyli mu drogę, uderzając rytmicznie wzmocnionymi metalowymi końcówkami lasek pasterskich w kamienną posadzkę.

Ostatecznie te hałasy znikły w niesamowitej ciszy, kiedy to grecki patriarcha Diodoros I ze swoją śnieżnobiałą brodą ściągnął okazałe szaty liturgiczne i wszedł do grobu przez wąskie przejście. Strażnik zamknął małe, podwójne drzwi. Cisza. Bez najmniejszego powiewu wiatru. Minęła minuta, druga, trzecia... I nagle piorun błyskawicy. To było tak, jak gdyby iskra z płonącego krzewu zapaliła kościół. To był moment, kwestia naprawdę kilku sekund – światło, które patriarcha przekazał u drzwi, było zapalane świeca od świecy i rozpoczęło wielkie świętowanie. Nie trwało to dłużej niż mgnienie oka i każdy trzymał w ręce palącą się świecę. Nagły spadek ilości tlenu w tej niesamowitej przestrzeni, światło nad światłem, jedna wielka ekstaza radości... Teraz tłum także rozproszył się na zewnątrz. Wszyscy podążyli do wyjścia, trzymając świece w dłoniach.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

h

h