Nowy numer 38/2018 Archiwum

"Medytacja chrześcijańska" - czy chrześcijańska?

Książka na pierwszy rzut oka budzi zaufanie. Dalsza lektura rodzi jednak coraz bardziej zasadnicze wątpliwości...

Książka Australijczyka Erniego Christie pod tytułem Medytacja chrześcijańska w szkołach. Przewodnik dla nauczycieli i rodziców, jest reklamowana przez polskiego wydawcę jako „nowatorski podręcznik przybliżający medytację chrześcijańską jako nowe podejście do religijnej i duchowej edukacji dzieci. Jasno opisuje tradycję medytacji chrześcijańskiej i przedstawia założenia programu uczenia medytacji chrześcijańskiej dzieci w wieku od 5 do 17 lat”. Książka oparta jest na doświadczeniach z katolickich szkół w australijskiej diecezji Townsville. Oprócz zasadniczej części autorstwa pana Christie, obejmuje rozdziały autorstwa dwóch benedyktynów (Johna Maina i Laurence Freemana) oraz świadectwa nauczycieli. Ma więc praktycznie całe grono autorów.

Książka na pierwszy rzut oka budzi zaufanie: opublikowało ją wydawnictwo katolickie, jest Imprimatur, słowo wstępne jednego z australijskich biskupów, powołanie się na autorytet paru katolickich hierarchów Kościoła w różnych krajach (Wprowadzenie do wydania polskiego), jest wiele cytatów z Pisma Świętego i kilka z Katechizmu Kościoła Katolickiego; do tego ładna szata graficzna i staranne wydanie.

Nacisk na osobisty, głęboki kontakt z Bogiem, zapewnienia, że „medytacja zaprasza nas do kontaktu z Bogiem na poziomie serca” (Wprowadzenie, s. 6), „jest podróżą wiary” (s. 34), „modlitwą serca” (s. 75), „pielgrzymką czy też podróżą, poświęceniem się, sposobem życia” (s. 95) itd. mogą pociągać i budzić oczekiwania, że proponowana metoda modlitwy pomoże dzieciom i młodym ludziom stawać się coraz lepszymi chrześcijanami. W naszym, polskim kontekście - głównie katolikami.

Mantra i miś

Dalsza lektura rodzi jednak coraz bardziej zasadnicze wątpliwości. Książka wprowadza w jedną, sztywną metodę medytacji. Jeden przepis, jeden scenariusz. Technika. Zaleca się – nieobowiązkowo – zdjęcie butów i siedzenie na macie lub poduszkach, obowiązkowy natomiast jest wyprostowany kręgosłup. A przede wszystkim bezruch i cisza. I nieustanne powtarzanie mantry, sprzężone z równym oddechem. Koncentracja na swoim oddechu i wypowiadanym słowie mantry. Mantra jest najważniejsza, jak gdyby wypowiadanie jakiegoś choćby „najświętszego” słowa miało moc sprawczą, jakby to słowo było magiczną formułą. „Specjalne przedmioty do medytacji” (s. 27, jest to komentarz nauczyciela) to świeca, miś, krzyż, ikona (nauczyciel wymienia je w tej kolejności!). Czyżby miś był ważniejszy od krzyża? I dlaczego miś modlitewny, a nie np. pluszowy piesek modlitewny czy lalka modlitewna? Mowa też o olejkach zapachowych, gongu, muzyce relaksacyjnej, wsłuchiwaniu się w głosy natury – ptaki, wiatr, szum drzew to „dźwięki Boga” (s. 28). Gdzie my jesteśmy?

Po zakończonej medytacji nauczyciele wypowiadający się w książce zalecają modlitwę (jak rozumiem, głośno wypowiadaną), przeczytanie jakiejś historii biblijnej, ale równie dobrze „relaksację przy muzyce” (s. 25), „rysowanie” czy „łagodne rozciąganie” (s. 30).

Wszystkie bez wyjątku dzieci w szkole mają medytować tyle minut, ile mają lat, nauczyciele natomiast – ci wypowiadający się w książce – uprawiają medytację rano i wieczorem (co najmniej po 25 minut). Im starsze dzieci, w tym głębsze obszary prowadzi „podróż”, jaką jest medytacja.

Jezus   

Zaraz na początku pada zapewnienie, że „w samym sercu proponowanego programu znajduje się osoba Jezusa Chrystusa” (s. 9), ale w opisie metody nie widać Jezusa. Prawie wcale nie pojawia się nawet Jego Imię. Słowo „Jezus” czy „Abba” zalecane jest jako propozycje mantry do odmawiania, choć lepsze jest słowo „Maranatha” (s. 55). L. Freeman OSB nazywa Jezusa nauczycielem, pisze o „Świadomości Jezusa” jako jedynej drodze do poznania Boga, pisze, że „Imię Jezusa oznacza nabytą wiedzę o wierze” (s. 107 – co to znaczy?), ale nie pisze, że Jezus jest Bogiem (s. 100-109).

Prawdziwe spotkanie z Jezusem i uznanie Go za Pana owocuje tym, że to On upodabnia nas do siebie. A tymczasem główne owoce zalecanej medytacji to „zwiększona samowiedza i samoakceptacja”, „zwiększone pragnienie budowania wspólnoty z innymi”, „pogłębienie osobistej relacji z Bogiem” – na trzecim miejscu – i wreszcie „medytacja redukuje stres i zwiększa poczucie dobrostanu psychicznego i harmonii” (s. 35). Samowiedza, dobrostan… Czy mamy tu do czynienia z terapią, z techniką relaksacyjną, z jakąś formą samodoskonalenia? Mowa też o zrelaksowaniu się i obniżeniu poziomu stresu, poziomu kortyzolu, objawów depresji i ciśnienia krwi, o wzroście umiejętności koncentracji (s. 35-37). „Dzieci mogą doświadczyć połączenia z Bogiem i wynikającego z niego poczucia samoakceptacji” – pisze autor (s. 38). Nigdzie jednak nie wspomina o słuchaniu Boga, o szukaniu Jego woli, o pójściu za Nim, które obejmuje również wymagania skierowane do rozumu i woli człowieka: wymaganie kształtowania sumienia, umiejętności odróżniania dobra od zła. Podkreśla tylko doświadczanie Boga, w żaden sposób nie zdefiniowanego.

Kościół

Opisana praktyka medytacji jest zupełnie poza kontekstem Kościoła, w oderwaniu od sakramentów i Słowa Bożego. Co prawda autor zaleca nauczycielom: „Nie sugeruj, że medytacja jest jedynym sposobem modlitwy ani że jest jej najlepszym sposobem. Jest wiele sposobów modlitwy i wszystkie one mogą nas doprowadzić do autentycznej komunikacji z Bogiem” (s. 24), ale medytacja jest przedstawiona jako wartość sama w sobie, bez związku z innymi sposobami modlitwy. Niektóre wymienione w książce owoce medytacji, zwłaszcza pogłębienie więzi z Bogiem czy doświadczenie Boga (o ile nie jest jedynym celem) to normalne owoce zdrowego życia duchowego i sakramentalnego w Kościele katolickim, osobistej modlitwy (słownej lub nie), adoracji Najświętszego Sakramentu, rozważania Słowa Bożego. Tutaj te owoce są pokazywane jako zupełna nowość, coś, co – domyślnie – jest zagwarantowane tylko przez tę medytację, przedstawianą jako jedyna osobista, żywa i wiarygodna forma modlitwy.

« 1 2 »

Zobacz także

  • megs
    22.11.2013 20:30
    oczywiście, że medytacja to nie tylko siedzenie w lotosie i powtarzanie mantr. są przeróżne techniki, aleitak nie jest to ważne. medytacja to bycie "tu i teraz", nie jest to wchodzenie w jakis dziwny, nieznany, obcy, niedobry stan. ale porzucenie natrętnych myśli i pragnień, które przeszkadzają nam w odbiorze rzeczywistości. nie jesteśmy wówczas "w pełni" zjednoczeni z Bogiem. chodzi o zapomnienie o sobie, tak jak mówił Chrystus o zaparciu się siebie. robimy wówczas miejsce w naszym wewnętrznym sanktuarium dla Boga. I tak jeśli będziemy w pełni tu i teraz, możemy medytować zmywając naczynia, słuchając drugiej osoby, podziwiając widok zza okna, przystępując do sakramentu. Wszystkie korzysci płynące z medytacji nie powinny być główną motywacją do niej. może na początku są, ale trzeba pamiętać, ze medytacja to droga, która sama w sobie jest celem. to Obecność. Pokój Wam, Namaste.
    doceń 2
  • Aleksy Silva
    25.11.2013 17:32
    Ciekawe informacje.
    doceń 0
  • Adam
    29.12.2013 12:16
    Autorka niestety nie zna tradycji Kościoła. Wypowiada się jak jakiś autorytet. Przedmiotem nauki medytacji jest medytacja a nie wiedza o Kościele, sakramentach, doktrynie.
    To chyba normalne, że jak kogos zapraszamy na kawę to nie stawiamy mu piwa tylko kawę.
    Jest jakieś niesamowite zacietrzewienie w zwalczaniu medytacji, a przecież (jak jej nie zwał) jest ona sercem Koscioła Prawosławnego, to nieco zmodyfikowana modlitwa Jezusowa. To, że wccm dodaje komentarze psychologiczne przyczynia sie jedynie do łatwiejszej akceptacji tej modlitwy przez niewierzących.
    To własnie nauczanie doktryny zniechęca ludzi do Koscioła, ludzie szukają Boga a nie doktryny. Doktryna jest ważna, ale ma charakter pomocniczy, chyba juz dość ludzi zapłaciło najwyższą cenę za obronę doktryny.
    doceń 3
  • Niedualistyczny
    09.07.2018 23:19
    Artykuł nieobiektywny. Nadmierna bezsensowana krytyka medytacji."Siedzienie po ciemku..." widzać, że osoba, która to pisała nie zna sie na medytacji.Medytacja jest treningiem umysłu to że wygląda na bezczyność nie musi oznaczać, że nią jest. Krytyka blogości jest chyba jeszcze smiesniejsza. Każda stan spokoju moze wywołać blogość, jest to jeden z oczywistych efektów ubocznych medytacji. Zreszta medytacja to jeden wielki stereotyp na Zachodzie. Bezczynosc to pierwszy a drugi ktory jest tutaj chyba najistotniejszy to.... pozycja lotosu. Jesli ktos tak siedzi to medytuje. A co jesli rozmysla lub modli sie po katolicku? ;) Dla wiekszosci informacja ze medytacja to stan umyslu a nie pozycja to prawdziwy szok. Mozna tak pisac w nieskonczonosc. Jako buddysta polecam podstawowa metode medtacji ktora napisal ajahn brahm jest to fragment jego ksiazaki ale mimo wszystko idealne na poczatek. Co do chrzescijan jesli wola slowo modlitwa ok ale niech sie modla caly dzien bo tutaj tkwi sukces niewazne od wyznania stan "medytacji, modlitwy" trzeba utrzymywac cale zycie. A od lotosu chyba sie nie umiera ;)
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama