Nowy numer 37/2021 Archiwum

Demografia stanu

Szyderstwo, z jakim premier zareagował na pomysł wypłacania na każde dziecko 1000 zł stypendium, pokazuje podwójny wymiar dramatu demograficznego Polski. Z jednej strony mamy spadek urodzin, który może doprowadzić do katastrofy, a z drugiej rząd, który ten problem lekceważy.

Ekonomista prof. Krzysztof Rybiński zaproponował, aby państwo wypłacało 1 tys. zł miesięcznie na dziecko od urodzenia do ukończenia 18. roku życia. To jedna z wielu propozycji pojawiających się w debacie na temat polityki prorodzinnej, której celem ma być zwiększenie dzietności. Problem jest bardzo poważny, ponieważ Polska przeżywa głęboki kryzys demograficzny. Obecnie mamy ujemny przyrost naturalny (więcej osób umiera, niż przychodzi na świat), a współczynnik dzietności (liczba urodzonych dzieci przypadających na jedną kobietę w wieku rozrodczym) wynosi w naszym kraju 1,3 i jest jednym z najniższych na świecie (209. miejsce na 211 klasyfikowanych krajów). To oznacza, że w najbliższych latach Polska będzie się wyludniać. Według prognoz demograficznych, w 2060 r. będzie nas o 19 proc. mniej niż obecnie, nie uwzględniając emigracji. Gwałtownie spadnie więc liczba osób w wieku produkcyjnym, co doprowadzi do załamania systemu emerytalnego i krachu ekonomicznego całego kraju. Polityka prorodzinna jest więc jednym z najpilniejszych wyzwań, racją stanu, gdyż stoimy przed realną perspektywą zagrożenia bytu narodu.

„Nierodzinny” rząd

Pomysł stypendium demograficznego budzi wątpliwości, czy Polskę na nie stać i czy będzie ono realnym narzędziem zachęcającym do posiadania potomstwa. Krytycy wskazują przykład Niemiec, gdzie wspieranie rodzin bezpośrednimi dopłatami, mimo olbrzymich nakładów (200 mld euro rocznie), nie zwiększyło dzietności. Inni zwracają uwagę, że Niemcy to wyjątek, bo już np. we Francji czy Szwecji przez politykę państwa udało się podnieść dzietność. Do propozycji stypendium odniósł się także premier Donald Tusk, który nazwał je „szalonym pomysłem” i dodał, że „15-latek jest w stanie w ciągu dwóch minut wyliczyć, że to jest katastrofa”. Słowa premiera budzą zdumienie. Sarkazm i kpina nie powinny być reakcją nawet na kontrowersyjną propozycję rozwiązania jednego z najważniejszych problemów Polski. Premier powinien ją potraktować jako wyraz troski o naszą przyszłość. Zwłaszcza że sam w kwestii polityki prorodzinnej prawie nic nie zrobił, podobnie jak inne rządy po 1989 r. Jedną z nielicznych prorodzinnych inicjatyw D. Tuska godnych pochwały jest zapowiedź płatnego rocznego urlopu macierzyńskiego, o ile ją zrealizuje. Inne inicjatywy określane jako prorodzinne albo są w sferze planów, albo kończyły się fiaskiem, jak ustawa o opiece nad dzieckiem do 3. roku życia. Są też działania propagandowe nieadekwatne do potrzeb, np. przedstawiane jako sukces zwiększenie od listopada ub. roku zasiłków rodzinnych. Rząd utrzymuje, że wzrosły one o ponad 13 proc. dla dzieci do 5. roku życia i o 16,5 proc. dla dzieci w wieku od 6 do 18 lat. Brzmi dobrze, tyle że kwotowo ten wzrost wyniósł odpowiednio o 9 zł (z 68 do 77) i 14 zł (z 91 do 115). W morzu rodzinnych potrzeb są to kwoty niepoważne.

Struktura bezdzietności

Małżeństwa w Polsce nie decydują się na dzieci najczęściej z powodów ekonomicznych, rzadziej z ideowych. Ten drugi czynnik związany jest ze zmianami kulturowymi, które promują hedonizm i osobistą karierę, a dziecko jest postrzegane jako problem i przeszkoda w jej realizacji. Sytuacja w Polsce nie tylko nie sprzyja posiadaniu potomstwa, ale wręcz do tego zniechęca. Brak pracy, często niestabilne zatrudnienie, niskie zarobki, które nie pozwalają na kupno, nawet na kredyt, własnego mieszkania. Na to nakłada się fatalna służba zdrowia, w której leczenie poważniej chorego dziecka jest gehenną. Do tego pogrążona w kryzysie szkoła nie jest wsparciem dla rodziców w wychowaniu potomstwa. Ulgi z tytułu posiadania dzieci są rzadkością, a odpis podatkowy zbyt niski, aby stanowił istotne wsparcie, zaś duże grupy społeczne, np. osoby mało zarabiające, i tak nie mogą z niego korzystać. Kobieta po urodzeniu dziecka, jeśli wejdzie w życie roczny urlop macierzyński, po roku straci źródło dochodów i albo wróci do pracy, albo ją rzuci. Na żłobek rodziny zwykle nie stać, do tego prawie ich nie ma. Zapisanie dziecka do przedszkola graniczy z cudem, a prywatne są zbyt drogie. Lista trudności jest dużo dłuższa, ale już wskazane elementy wielu skutecznie zniechęcają do posiadania potomstwa. W tym uproszczonym opisie źródeł bezdzietności mieszają się bardzo różne czynniki: ekonomiczne, społeczne, polityka państwa i osobiste motywacje. Szanując autonomię każdego małżeństwa, państwo nie może nikogo zmuszać do posiadania potomstwa, ale to nie znaczy, że kwestia dzietności go nie dotyczy. Przez świadome działania państwo może stwarzać warunki sprzyjające dzietności. Przykład wielu krajów europejskich, z Francją na czele, pokazuje, że takie działania mogą być skuteczne.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama