Nowy numer 2/2021 Archiwum

Dziedzictwo powstańców styczniowych

Do czego jest nam potrzebna Polska? Do zbawienia!

Na zdjęciach z okresu II RP weterani powstania styczniowego przypominają krasnoludów z trylogii Tolkiena. Mają długie wąsiska, białe brody i orle spojrzenia. Noszą dziwne imiona: Mamert, Medard, Telesfor... W ich utrwalonej na kliszy postawie jest coś rycerskiego i pielgrzymiego zarazem. Wydają się nieprawdopodobni jak podjęty przez nich wysiłek duchowy. „Obok Orła znak Pogoni,/ Poszli nasi w bój bez broni./ (...) Niechaj Polska zna,/ Jakich synów ma”. A jednak dziedzictwo powstania styczniowego, którego istotą jest głębokie zawierzenie Bogu, okazało się przydatne kolejnym pokoleniom Polaków. Duch powstańców 1863 r. był obecny w kampanii wrześniowej, w powstaniu warszawskim, w oddziałach żołnierzy wyklętych i wśród emigrantów, którzy po Teheranie i Jałcie bezskutecznie apelowali do „sumienia świata”. Ten duch towarzyszy nam także dzisiaj, gdy na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie upominamy się o prawdę o Smoleńsku. Może gdzieś na Zachodzie istnieje raj na ziemi. Dla nas przewidziano co innego: brak stabilizacji, tymczasowość, rzadkie sukcesy polityczne i gospodarcze, częstsze porywy ducha, a okresowo traumatyczne doświadczenia, przypominające nam, kim jesteśmy. A jesteśmy ością w gardle tego świata. Jak pisze prof. Andrzej Nowak, „potężne siły zła, jakie skupiają się w imperialnej ambicji panowania nad innymi, poniewierania słabszymi, od ponad 300 lat potykają się o Polskę”. „O, dzięki Tobie za państwo boleści,/ I za męczeńskich koron rozmnożenie,/ I za wylaną czarę szlachetności/ Na lud, któremu imię jest – cierpienie,/ I za otwarcie bram... nieskończoności!” – pisał w 1847 roku Cyprian Norwid. Czy obraz polskości zmienił się od daty powstania tego wiersza? Przeciwnie: przybyło historycznych faktów, potwierdzających nasz zbiorowy los. Tyle że coraz rzadziej widzimy zbawienny sens tego losu i przestaliśmy za niego dziękować. Często – jako Polacy i jako chrześcijanie – czujemy się zaszczuci przez nieprzyjazny świat. Bronimy spadku po przodkach: katolickiej religii, patriotyzmu, ale w głębi duszy obawiamy się, że następnym pokoleniom nie wystarczy sił do udźwignięcia tego ciężaru. Przytłaczają nas kolejne ofiary i upokorzenia. Nasze życie staje się martyrologią. Dzieje się tak wówczas, kiedy polskość sprowadzamy do stanu posiadania. To prawda, że większość europejskich narodów już dawno rozmieniła swoje talenty na drobne. Ale my zakopaliśmy swój talent w ogrodzie i wystawiamy straże, żeby nikt go nie ukradł. Niby czekamy na dzień ostateczny, lecz w gruncie rzeczy chcielibyśmy, żeby z tego zagrzebanego w ziemi talentu wyrosło nam państwo stabilne duchowo, wolne od bolesnych doświadczeń, będące azylem w pogańskiej Europie. Ta tęsknota do duchowej „małej stabilizacji” powoduje, że na dnie serca skrywamy żal do świata, a może nawet do samego Boga, że nie pozwala nam spocząć na laurach.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama