Nowy numer 47/2020 Archiwum

Podzielone świętowanie

W dniu obchodów Święta Niepodległości uwaga całej Polski skupiona była na Warszawie, gdzie różne nurty ideowe i polityczne oddzielnie świętowały 94. rocznicę odzyskania niepodległości.

Szczególne zainteresowanie obchodami w stolicy wynikało z faktu, że w ubiegłym roku w to święto doszło do burd, których sprawcami byli m.in. polska lewica i lewaccy antyfaszyści z Niemiec, którzy chcieli zablokować marsz organizowany przez środowiska narodowe, a także polscy chuligani. Inicjatywę pogodzenia różnych nurtów podjął prezydent Bronisław Komorowski, który zaproponował wspólny marsz pod hasłem: „Razem dla Niepodległej”. Jednak nie udało mu się przekonać ideowo odległych od siebie środowisk, aby wzięły w nim udział. Jednym z powodów jest fakt, że prezydent Komorowski jest bardzo silnie związany z jedną opcją polityczną, przez co trudno innym środowiskom uznać jego inicjatywę za ponadpartyjną. Jak podają organizatorzy, ok. 10 tys. osób skorzystało z prezydenckiego zaproszenia. Podobnie jak rok temu najwięcej osób wzięło udział w Marszu Niepodległości zorganizowanym przez środowiska narodowe. Według organizatorów, uczestniczyło w nim ok. 100 tys. osób. Nie byli to tylko zwolennicy idei narodowych, ale także osoby, które uznały, że właśnie na tym marszu chcą zamanifestować swój patriotyzm i miłość do ojczyzny, a także niezgodę na to, co dzieje się obecnie w Polsce. Niestety, grupki prowokatorów na początku marszu wszczęły walkę z policją, co spowodowało jego wstrzymanie, ale policji udało się opanować sytuację i marsz kontynuowano bez zakłóceń. Manifestowała też lewica. „Porozumienie 11 Listopada” zorganizowało marsz, jednak jego uczestnikom w liczbie około tysiąca nie tyle chodziło o uczczenie niepodległości, ile o protestowanie przeciwko faszyzmowi, który przypisywali uczestnikom Marszu Niepodległości. Reporterzy „Gościa Niedzielnego” towarzyszyli tym trzem marszom.

Marsz Niepodległości

Około południa. Do podmiejskich pociągów ładują się pierwsi „marszownicy”. Z dziećmi i flagami. W atmosferze spokojnego świętowania, choć nie bez delikatnych obaw, czy będzie bezpiecznie. Maciej Tryburcy jedzie pociągiem Otwock–Warszawa wraz z czwórką dzieci. – Najpierw pójdziemy w marszu prezydenckim. Po to, by poprzeć obrońców życia z Fundacji Pro, która ma się dołączyć do marszu. A potem, o ile będzie spokojnie – dołączymy do Marszu Niepodległości – snuje plany. Stacja Warszawa-Śródmieście. Z wagonów wysypuje się całkiem spory tłum. A dopiero jest 12.40. Wszyscy idą w stronę kościoła św. Barbary. Przed kościołem – motocykliści na czarnych harleyach. Z napisami „Bóg, honor, ojczyzna”. Z biało-czerwonymi flagami. Grupy rekonstrukcyjne też przyszły: wyglądają jak ci z sierpnia 1944. A najwięcej zwykłych Polaków. Po Mszy wezwanie przez mikrofon: idziemy na plac Defilad, gdzie uformuje się Marsz Niepodległości. Tu mnóstwo rodzin z dziećmi. – Nie boicie się, rodzice? – A czego? Przecież jesteśmy w bezpiecznym miejscu, w centrum europejskiej stolicy. Boimy się, gdy z dziećmi z polskiej służby zdrowia musimy skorzystać – śmieje się jeden z ojców. Tłum gęstnieje. Gdy na zegarze na Pałacu Kultury widać godz. 15.00, cały plac Defilad jest zapełniony. Grupa czytelników „Gazety Polskiej” z jednej strony. Z drugiej, na wysokości Domów Towarowych Centrum, wielki samochód z organizatorami. I napisami na proporcach ONR. Ale w sumie „zorganizowanych” jest garstka. – Ja tu nie przyszedłem, by kogoś popierać – mówi pan Jerzy, 60-letni rencista. – Przyszedłem, by pokazać, że ważna jest dla mnie Polska i jej przyszłość. Marsz Niepodległości jest chyba najbardziej egalitarny ze wszystkich: widzę tu różnych ludzi, których łączy miłość do Polski i niechęć do obecnie (i niemiłościwie) rządzących. Marsz… stoi. Ludzie się niecierpliwią. Około 15.30. Petardy strzelają ni to na wiwat, ni z ostrzeżeniem. Policja ze wszystkich stron otacza formujący się marsz. Pojawiają się pojedyncze grupki zamaskowanych młodzieńców, biegających z puszkami piwa w ręce. Rodziny z dziećmi, prewencyjnie, cofają się w spokojniejsze miejsca. Pan z megafonem informuje, że ruszamy. Z jednej strony hasła „Bóg, honor, ojczyzna”. Z innej słychać: „Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”. A nawet padają stwierdzenia: „Dla Tuska – Bereza Kartuska”. Ale atmosfera przypomina (jeszcze) antyrządowy happening, agresywnie (jeszcze) nie jest. I nie wiadomo, jak i dlaczego, nie wiadomo skąd, z minuty na minutę robi się niebezpiecznie. Huki petard, nawoływania organizatorów o zachowanie spokoju. Tłum faluje, padają brzydkie (mocne) określenia w stosunku do policji. Z tyłu nie widać dokładnie, co się dzieje, tylko coś zaczyna w gardle szczypać. I oczy łzawią. – Powoli, spokojnie cofamy się w stronę Domów Centrum – wydaje polecenia pan z mikrofonem. Po chwili apele przynoszą pożądany skutek. Spokojniej się robi. Ale wciąż nie wiadomo: pójdziemy dalej? Czy zakończą Marsz? Chuliganeria (nikt nie wie jakiej proweniencji) chyba w końcu opanowana. Idziemy dalej! Z megafonów rytmy punkowo-rockowe. Patriotyczne. Zaczyna być naprawdę marszowo.

Plac Na Rozdrożu. Podobno już od ponad pół godziny pod pomnik Romana Dmowskiego przychodzą demonstrujący. Organizatorzy proszą przez megafon: – Tu się nie zmieścimy. Przechodźcie ulicą Agrykola, w dół. Tam się spotykamy. Jeszcze nawet połowa nas nie doszła! Część maszerujących schodzi więc ciemną alejką w stronę Wisły. Ale ogromna większość kończy Marsz. Rozchodzą się powoli. Anna, studentka: – Przykre jest, że zwyczajni ludzie, maszerujący po stolicy własnego kraju w Święto Niepodległości, płaczą z powodu gazu łzawiącego. Ale ja za rok wrócę. O ile w „państwie prawa”… Marszu nie zdelegalizują.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama