Nowy numer 15/2021 Archiwum

W Tobie 
jest światło

Chiara i Gabriela miały wybór: dziecko albo one. Wybrały życie dzieci. Włoszka odeszła do nieba w ubiegłym tygodniu. Polka żyje, mimo że lekarze nie dawali jej szans…

Włoskie media wybiły tę historię na pierwsze strony: „Chiara Petrillo – Druga Beretta-Molla” – pisały. Pogrzeb 28-letniej Włoszki transmitowano w internecie. Rzymski kościół Santa Francesca Romana pękał w szwach. Ponad 100 księży koncelebrowało Mszę św. Były radosne tam-tamy, taniec. Stroje liturgiczne w bieli.

Kobieta zostawiła rocznego Francesca. Gdyby przerwała ciążę, kiedy zdiagnozowano u niej nowotwór, dziś by żyła. Ale Chiara nie dość że syna zabić nie pozwoliła, to zrezygnowała z terapii i nie chciała środków uśmierzających ból, by nie zaszkodzić dziecku.


Chiara za życia miała opinię świętej. W wielu kościołach we Włoszech dawała świadectwo. Dwójka jej dzieci zmarła po porodzie. Pierwsza Maria, ze zdiagnozowanym bezmózgowiem w trakcie ciąży, a drugi David, który urodził się bez rąk i nóg. Lekarze proponowali za każdym razem aborcję. Chiara odmawiała. Dzieci umierały na jej rękach, pół godziny po trudnych porodach.

„Wszystkim mamom chcę powiedzieć, że liczy się najbardziej dar, jakim jest dziecko, dar życia, a nie czas jaki się z dzieckiem przeżyje – powtarzała na spotkaniach w kościołach. – Te pół godziny z Marią i Davidem na rękach było najpiękniejszym czasem w moim życiu”. Wyjątkowo piękna dziewczyna pokazywała się z mężem Enrico u boku. Była pełna szczęścia. On też. „Ostatnia ciąża była niespodzianką – mówiła już chora. – Francesco okazał się zdrowym dzieckiem. Ale tym razem dla mnie zapadł wyrok. Taka wola Boża. Mam nadzieję, że spotkam się z moimi dwoma aniołkami”. 


Czytając włoskie depesze, pomyślałam o Gabrysi. O – piszę to świadomie – polskiej Beretcie--Molli. Nie chciałam jej opowiadać o Chiarze Petrillo, ale kiedy po raz wtóry w czasie spotkania Gabrysia podkreśliła z mężem Robertem, że ich córeczka Klara jest dla nich jak światło (bo Chiara – Klara oznacza światło), wyciągnęłam zdjęcie Włoszki z kalendarza. 
Chcieli wiedzieć więcej. – Będziemy się modlić za jej wstawiennictwem – powiedzieli. – Pan Bóg podsuwa nam nieoczekiwane rozwiązania…


Trudny wybór


Po raz pierwszy spotkaliśmy się, kiedy Gabrysia Klimek czekała na przeniesienie z bytomskiego szpitala do kliniki w Katowicach. Głaskała zaokrąglony brzuch, mała Klara dawała solidne kopy. Do rozwiązania brakowało kilku tygodni, a scenariusze były dwa: – Jeden, że po urodzeniu Klary do końca życia zostanę pod respiratorem, a drugi, że umrę – mówi Gabrysia. 
Zadbana blondynka ma 39 lat, mieszka w Jastrzębiu, od 11 lat choruje na nowotwór tkanki nabłonkowej i rzadki rodzaj miastenii. Wycięli jej też grasiczaka. Nowotwór zaatakował mięśnie, tak że Gabi nie jest w stanie utrzymać kubka. Jej ręce i nogi się wykrzywiają. Zdrowe komórki się wzajemnie niszczą. 


– Po pierwszych dawkach chemii Gabrysia miała jajniki jak u staruszki, stwierdzono jej trwałą bezpłodność – opowiada Robert. – Byliśmy trzy lata po ślubie, rozpacz, bo pragnęliśmy dzieci. 
– Lekarz ani antykoncepcji nie proponował, bo jest w tzw. pakiecie, jak się bierze chemię – mówi ironicznie Gabrysia. 
Kiedy Klimkowie przyszli po kilku miesiącach na badania, lekarz długo spacerował w milczeniu po gabinecie: – To jest niemożliwe – wydusił – ale jest pani w ciąży. 
Zaproponował aborcję. – To nie wchodziło w grę – mówi Gabrysia – zdecydowaliśmy, że wstrzymujemy terapię. 


Morze ludzi zaczęło modlitwę. O dziwo, parametry Gabrysi wracały do normy. Były jednak bóle nowotworowe, Gabrysia, jak Chiara, nie brała nic uśmierzającego, żadnej morfiny. Kiedy pytam, jak wytrzymywała, w milczeniu patrzy na mnie zeszklonym wzrokiem. Po chwili dodaje: – Bez sakramentów nie dałabym rady. Za każdym razem, kiedy było już nie do zniesienia, czułam jakby mnie Ktoś niósł, podtrzymywał…


Robert wtedy zaczął pościć. Co środę i piątek o wodzie i chlebie. Czuli wsparcie z Góry.
– Dotrwaliśmy do 8 miesiąca. Zdecydowano się na wcześniejsze rozwiązanie, ale ze względu na chorobę mięśni poród naturalny nie wchodził w grę. Jak lekarz powiedział, że cesarka też, Gabrysia podskoczyła.
 – To Klara się nie urodzi? – zapytałam – opowiada kobieta. Znieczulenie ogólne odpadało, Gabrysia by się nie obudziła. Pozostało do kręgosłupa, ale lekarz niczego nie gwarantował. Zaryzykowali. 
Robert z uśmiechem wspomina czas z porodówki. – „Czy na sali jest tatuś?” – krzyknął do grupy studentów medycyny lekarz. Podniosłem rękę. – „Młody tata, ile po ślubie?” – pytał lekarz. A ja na to, że 12 lat, i że Klara nieplanowana. Na to studenci buchnęli śmiechem, że wpadka. Ja na to, że żona jest trwale bezpłodna, bo jajniki po chemioterapii. Miny im zrzedły – mówi tata. 
Ciągnęli Roberta za język, nie mogli zrozumieć, że 36-letnia wtedy mama podjęła heroiczną decyzję: „jeśli trzeba będzie wybierać między mną a dzieckiem, nalegam by ocalić dziecko”.


– To nie jest łatwe: żona czy dziecko – wyjaśnia Robert. – Ja nie jestem jakimś Bożym herosem i ot, po prostu wybieram. Uszanowałem decyzję Gabrysi – dodaje.


Gabi: – Jak jesteś chora, to masz świadomość, że życie może ci się szybko skończyć. Pomogła mi piosenka, którą śpiewa Marta Florek: „W Tobie jest światło. (…) W Tobie jest życie, ono śmierć zwycięża…”. Wgrałam to sobie na komórkę. Jak dzwoniła, kiedy leżałam na patologii ciąży, mamy obok płakały… 


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama