Nowy numer 25/2018 Archiwum

Krew za krew

O spektakularnych uzdrowieniach i demonicznych kulisach rzezi w Rwandzie z ks. Stanisławem Urbaniakiem, palotynem, rozmawia Marcin Jakimowicz.

Marcin Jakimowicz: Najmocniejsza scena filmu „Ja Jestem”. Podchodzi Ojciec do opętanej, wyjącej kobiety i przystawia jej monstrancję do czoła.

Ks. Stanisław Urbaniak: – Czy ja wiem, czy to takie mocne? To w mojej parafii w Rwandzie normalny obrazek. Bardzo normalny (śmiech).

Kiedy Ojciec po raz pierwszy zaryzykował i wyszedł z Panem Jezusem w tłum?

– W 1991 roku. Dlaczego? Bo sam zostałem... uzdrowiony. W czasie adoracji, która miała miejsce na rekolekcjach kapłańskich. Głosił nam je o. Emiliano Tardif. Nie miałem nic wspólnego z żadną Odnową. Byłem wrogiem (i to jakim!) ruchu charyzmatycznego.

„Trzeba twardo stąpać po ziemi”, „racjonalnie podchodzić do rzeczywistości”, „unikać emocji”?

– A skąd ty to wiesz? (śmiech). Ciężko zachorowałem. Pan Jezus mnie przetrącił. Zachorowałem na ostrą formę przepukliny dyskowej. Niesłychanie bolesna sprawa. Musiałem zaliczyć jakieś rekolekcje kapłańskie, a ponieważ do stolicy Rwandy przyjechał akurat Tardif, poszedłem na to spotkanie.

Nie wył Ojciec z bólu?

– Jak chodziłem, nie. Najgorsze było siedzenie i leżenie. W pewnym momencie klęczący przed Najświętszym Sakramentem Tardif mówi: „Jest tu ksiądz, który cierpi na kręgosłup. Pan Jezus właśnie go uzdrawia. Gdy pójdzie wieczorem do łóżka, nie będzie czuł żadnego bólu”.

Nie czuł Ojciec żadnego ciepła? Przytulenia? Dotknięcia?

– Absolutnie nic. W ogóle nie wiedziałem, że on mówi o mnie. Kolega mówi: „Wstawaj, to o tobie”, ale zgasiłem go wzrokiem.

Nie nosił Ojciec w sobie tęsknoty: Boże, żeby to jednak chodziło o mnie?

– Nie. Uważałem, że skoro przyszło cierpienie, to widocznie jest ono potrzebne Kościołowi. Prosiłem siostry, by przygotowały mi łóżko z twardymi deskami, broń Boże ze sprężynami, bo z bólu nie zmrużyłbym oka. Wróciłem z tej adoracji padnięty, wskoczyłem do łóżka i zdumiony zauważyłem, że absolutnie nic mnie nie boli. To pewnie przez te deski – pomyślałem. Wyciągnąłem je, położyłem się na sprężynach, podskoczyłem i nic! Spałem tej nocy jak nowo narodzony. Czułem ogromną wdzięczność. Powiedziałem: „Skoro zostawiłeś mi taki znak swej obecności, to widocznie czegoś ode mnie chcesz”. To uzdrowienie (trwałe, bo minęło już 21 lat!) było dla mnie osobistym spotkaniem z Jezusem. Po tych rekolekcjach było Boże Ciało. Ludzie ze wspólnot charyzmatycznych widząc moje uzdrowienie, poprosili, bym sam poprowadził podobną modlitwę. „Nie ma mowy!” – odparłem. „Nie chcę, by mnie wyzywali od głupków”. W końcu zgodziłem się. Kościół był wypełniony po brzegi. Przyszła matka z dzieckiem. Miało z 6 lat. Nie chodziło, nie mówiło. Całe ciałko miało poskręcane. Matka położyła tego nieboraka na podłodze. W pewnym momencie słyszy głos dziecka, które woła imię: „Chantal!”. Spojrzała na podłogę: nie ma chłopaka. Zbladła. Patrzy, a jej dziecko biega po kościele i woła koleżankę.

Dlaczego tak bardzo boimy się w Kościele charyzmatów?

– Sam się ich długo bałem. Rzeczywiście, wśród księży widzę spory opór materii. Pamiętam opowieść, którą słyszałem od ojca Tardifa. Pojechał na kongres Bożego Miłosierdzia. Przyszło z 300 tysięcy ludzi. Tuż przed Mszą miejscowy biskup mówi: „Nie będzie żadnej modlitwy o uzdrowienie. Sam będę przewodniczył tej Eucharystii”. Ojciec Emiliano pokornie się zgodził. Rozpoczyna się Msza i nagle na całym stadionie siada prąd. Nie działają mikrofony. Biskup podchodzi puka, stuka. W końcu rzuca: „Coś tu nie gra z tymi mikrofonami”. A 300-tysięczny tłum, sądząc, że rozpoczyna właśnie Mszę, odpowiada: „i z duchem twoim” (śmiech). To był moment przełomowy tej Mszy.

Dlaczego w czasie wspomnianej Mszy znoszono do Ojca aż kilkudziesięciu opętanych?

– Myślę, że demon mocno manifestuje u nas swą obecność, bo… się za niego bierzemy. Jak mu się daje spokój, to on milczy. Robi swoje, tyle że po cichu. Jeśli bierzemy go w obroty, to drze się na całą Rwandę. Trafiają do nas ludzie z całego kraju. Poranieni, okaleczeni, liżący rany po krwawej wojnie. Przychodzi wielu czarowników. A są to przecież ludzie, którzy zawarli pakt z diabłem. Dochodzi do wielu wspaniałych uwolnień.

Nie czuje się po nich Ojciec duchowym gigantem? Bohaterem programu „Ręce, które leczą”?

– Nie. Absolutnie! Jestem jedynie kruchym naczyniem. Kiedyś w czwartek – to u nas dzień kierownictwa duchowego – przyszedł czarownik. Klęknął przed Najświętszym Sakramentem i nagle – jak nie ryknie jak lew, jak nie podskoczy z tych kolan chyba z dwa metry w górę. Biedne pobożne kobieciny pouciekały, aż im pospadały chusty.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł
  • Bożi
    10.06.2012 16:47
    Chwała cześć mądrość moc błogosławieństwo na wieki na wieki!
    doceń 4
  • ewelina
    11.06.2012 22:16
    Tak bardzo Kocham Cię Jezu....
    doceń 0
  • dori
    11.06.2012 22:48
    Chwała Panu! Nie oglądałam tego filmu, ale bez niego wierzę, że Jezus jest Panem i jest obecny w moim życiu i tysiące razy dawał dowody swojej obecności i ogromnej miłości. Kocham Go i jest dla mnie całym światem. Dziękuję dziś Jemu, że pozwolił mi doświadczyć tak wielkiej miłości, choć wcale na nią nie zasługuję...
    doceń 1
  • mama
    13.06.2012 05:48
    Dlaczego my tutaj w Polsce jesteśmy tak małej wiary?
    doceń 1

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji