Nowy numer 43/2020 Archiwum

O chlebie i wodzie

Widziałem, jak umiera moje dziecko. A umierało kilka razy dziennie. A jednak Wiktoria przeżyła. Dziś są jej 22. urodziny. Jak mógłbym z wdzięczności nie zacząć pościć? – opowiada Marcinowi Jakimowiczowi Piotr Jaskiernia.

Marcin Jakimowicz: Czy facet, który pędzi po Stanach 36-tonową 18-kołową ciężarówką, jest w stanie zauważyć drobne, kruche, niepozorne gesty Pana Boga i usłyszeć Jego szept?

Piotr Jaskiernia: – Jasne! Dostrzegam je każdego dnia. Życie składa się z takich drobnostek – małych kwiatków, prezentów od Pana Boga. Jednym z najpiękniejszych takich kwiatów jest moja córka Wiktoria. Dzisiaj są jej 22. urodziny!

Dzisiaj? To chyba nie przypadek, że się spotkaliśmy...
– Wiesz, ja w ogóle nie wierzę w przypadki. Paszport do Stanów dostałem 16 października. Po ludzku nie miałem prawa go wówczas dostać. Mała Wiktoria urodziła się 2 lutego – w święto Ofiarowania Pańskiego.

Jej narodziny stały się dla Waszej rodziny prawdziwym trzęsieniem ziemi...
– To prawda. Po dziesięciu latach czekania urodziło się nam dziecko. Tyle że urodziło się bardzo wcześnie – w 24. tygodniu ciąży. Ważyło jedynie 610 gramów – tyle co trzy kostki masła. W tamtych czasach nie miała właściwie szans na przeżycie. Lekarze w szpitalu w Charlotte w Północnej Karolinie dawali jej 5 proc. szans na to, że będzie żyła, a jeśli cudem się to uda, 5 proc. szans na to, że będzie normalnie funkcjonowała.

Krzyczałeś wówczas do Boga: Czemu nam to robisz? Czy jesteśmy królikami doświadczalnymi?
– Nie było we mnie buntu. Raczej przygnębienie i błaganie: „Przyjdź, pomóż, uratuj!”. Wtedy po raz pierwszy w życiu naprawdę się modliłem. Widziałem, jak umiera moje dziecko. A umierało kilka razy dziennie. Przesiadywaliśmy w szpitalu na intensywnej terapii i co kilkadziesiąt minut włączały się wszystkie alarmy, a pielęgniarki dawały nam znak, że musimy wyjść. Co było robić, wychodziliśmy. Ze świadomością, że może po raz ostatni widzimy Wiktorię żywą. Pierwszym gestem było zwrócenie się do Matki. Oddałem Maryi moją córkę. I poświęciłem Jej piątkowe posty. Błagałem: „Uratuj moje dziecko, a ja w piątki będę głodował”. Dziś może śmieszą kogoś takie targi z niebem, ale mnie nie było do śmiechu. Stan Wiktorii był tak poważny, że gdy moja mama powiedziała znajomemu ordynatorowi jednego z krakowskich szpitali, że ma wnuczkę, przerwał: „Nie ciesz się. Nie masz jeszcze wnuczki. Ona nie przeżyje”. Dziś moja cudowna, inteligentna córka kończy 22. rok życia…

Dlatego okleiłeś swą ciężarówkę napisem Totus Tuus?
– Tuż po narodzinach córki musiałem wyjechać w trasę. Ruszyliśmy do Kalifornii. Jeden z kierowców cały samochód okleił hasłami: „Jeżdżę dla Jezusa”, „Bóg jest moim pilotem” i tak dalej. Dla mnie było to szokujące. Pamiętam, że gdy poszliśmy do McDonalda, on modlił się nawet przed zjedzeniem hamburgera. A ja wstydziłem się publicznie przeżegnać... Poszedłem do telefonu. To były czasy „przedkomórkowe”. Wróciłem z budki telefonicznej z zaczerwienionymi oczyma, kapało mi z nosa. – Co się stało? – zapytał kumpel. – Znów pogorszył się stan zdrowia mojej córki – odpowiedziałem, a ten facet chwycił mnie za ręce, przywołał jeszcze trzeciego kierowcę z firmy (bo Jezus powiedział: „Gdzie dwóch lub trzech”, więc lepiej, jak nas będzie trzech) i na środku parkingu objęliśmy się ramionami i zaczęliśmy się modlić. Na drugi dzień ten kierowca rzucił: „Dzwoniłem do żony. Cały nasz zbór baptystów modli się za Wiktorię”. Po kilku tygodniach nabrałem przekonania, że Bóg wysłucha tej prośby. Uspokoiłem się. Przestałem się bać. A propos przypadków... Wiktoria wyszła ze szpitala 15 sierpnia.

Nie miałeś pokusy, by zapukać do baptystów? Skoro u nich to „działa”?
– Nie. Doznałem wtedy niesamowitego głodu Pisma Świętego. Chłonąłem je, dosłownie połykałem. Jechałem swym kolosem przez Stany i słuchałem ewangelizacyjnych stacji radiowych. A te były jedynie protestanckie. Zafascynowały mnie zapał i gorliwość kaznodziejów i pod ich wpływem zacząłem zadawać sobie pytania o mój katolicyzm. Miałem sporo dogmatycznych wątpliwości. Odnoszę jednak wrażenie, że Maryja trzymała mnie przez cały czas za rękę. Nie odpadłem od Kościoła. Więcej: zacząłem go coraz mocniej kochać. Gdy słyszałem w radiu o jakiejś kontrowersji, od razu szukałem odpowiedzi. Dzięki protestantom na nowo odkryłem swój katolicyzm. Ogromne rozbicie protestantyzmu w Stanach bierze się stąd, że z czasem każda wspólnota staje się letnia, przesuwa się w lewą stronę. A ponieważ pewnej grupie zaczyna to przeszkadzać, radykalizuje się i zakłada kolejny, „prawdziwy Kościół”, który żyje Ewangelią aż do czasu, gdy sam nie zacznie obrastać w piórka…
Kiedyś w na trasie oddałem swe życie Jezusowi. Zjechałem na pobocze, klęknąłem. Powiedziałem: Oddaję Ci całego siebie. Przez ręce Maryi. Powinno się to stać automatycznie dużo wcześniej: podczas bierzmowania, ale jakoś je „przespałem”. Pamiętam jedynie strach, że biskup spyta się o jakąś formułkę z katechizmu.

Dlaczego tak bardzo boimy się gestu powierzenia życia Jezusowi? Boimy się, że to zgoda na życiowe zawirowania, cierpienie…
– Chrześcijaństwo nie jest dla słabeuszy. Ktoś, kto wymyślił hasło „moherowe berety”, kompletnie nie wie, o co w tym wszystkim chodzi. Chrześcijaństwo jest dla rycerzy. Pierwsi uczniowie oddawali życie za Jezusa. Każdego dnia toczysz walkę duchową. Odpierasz ataki Złego. W Stanach dwa razy do roku obchodzimy w intencji dzieci nienarodzonych dość intensywny 40-dniowy post.

Nasza sonda: Czym jest dla Ciebie post?

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama