O chlebie i wodzie

GN 07/2012

dodane 16.02.2012 00:15

Widziałem, jak umiera moje dziecko. A umierało kilka razy dziennie. A jednak Wiktoria przeżyła. Dziś są jej 22. urodziny. Jak mógłbym z wdzięczności nie zacząć pościć? – opowiada Marcinowi Jakimowiczowi Piotr Jaskiernia.

O chlebie i wodzie Piotr Jaskiernia Roman Koszowski/GN

Marcin Jakimowicz: Czy facet, który pędzi po Stanach 36-tonową 18-kołową ciężarówką, jest w stanie zauważyć drobne, kruche, niepozorne gesty Pana Boga i usłyszeć Jego szept?

Piotr Jaskiernia: – Jasne! Dostrzegam je każdego dnia. Życie składa się z takich drobnostek – małych kwiatków, prezentów od Pana Boga. Jednym z najpiękniejszych takich kwiatów jest moja córka Wiktoria. Dzisiaj są jej 22. urodziny!

Dzisiaj? To chyba nie przypadek, że się spotkaliśmy...
– Wiesz, ja w ogóle nie wierzę w przypadki. Paszport do Stanów dostałem 16 października. Po ludzku nie miałem prawa go wówczas dostać. Mała Wiktoria urodziła się 2 lutego – w święto Ofiarowania Pańskiego.

Jej narodziny stały się dla Waszej rodziny prawdziwym trzęsieniem ziemi...
– To prawda. Po dziesięciu latach czekania urodziło się nam dziecko. Tyle że urodziło się bardzo wcześnie – w 24. tygodniu ciąży. Ważyło jedynie 610 gramów – tyle co trzy kostki masła. W tamtych czasach nie miała właściwie szans na przeżycie. Lekarze w szpitalu w Charlotte w Północnej Karolinie dawali jej 5 proc. szans na to, że będzie żyła, a jeśli cudem się to uda, 5 proc. szans na to, że będzie normalnie funkcjonowała.

Krzyczałeś wówczas do Boga: Czemu nam to robisz? Czy jesteśmy królikami doświadczalnymi?
– Nie było we mnie buntu. Raczej przygnębienie i błaganie: „Przyjdź, pomóż, uratuj!”. Wtedy po raz pierwszy w życiu naprawdę się modliłem. Widziałem, jak umiera moje dziecko. A umierało kilka razy dziennie. Przesiadywaliśmy w szpitalu na intensywnej terapii i co kilkadziesiąt minut włączały się wszystkie alarmy, a pielęgniarki dawały nam znak, że musimy wyjść. Co było robić, wychodziliśmy. Ze świadomością, że może po raz ostatni widzimy Wiktorię żywą. Pierwszym gestem było zwrócenie się do Matki. Oddałem Maryi moją córkę. I poświęciłem Jej piątkowe posty. Błagałem: „Uratuj moje dziecko, a ja w piątki będę głodował”. Dziś może śmieszą kogoś takie targi z niebem, ale mnie nie było do śmiechu. Stan Wiktorii był tak poważny, że gdy moja mama powiedziała znajomemu ordynatorowi jednego z krakowskich szpitali, że ma wnuczkę, przerwał: „Nie ciesz się. Nie masz jeszcze wnuczki. Ona nie przeżyje”. Dziś moja cudowna, inteligentna córka kończy 22. rok życia…

Dlatego okleiłeś swą ciężarówkę napisem Totus Tuus?
– Tuż po narodzinach córki musiałem wyjechać w trasę. Ruszyliśmy do Kalifornii. Jeden z kierowców cały samochód okleił hasłami: „Jeżdżę dla Jezusa”, „Bóg jest moim pilotem” i tak dalej. Dla mnie było to szokujące. Pamiętam, że gdy poszliśmy do McDonalda, on modlił się nawet przed zjedzeniem hamburgera. A ja wstydziłem się publicznie przeżegnać... Poszedłem do telefonu. To były czasy „przedkomórkowe”. Wróciłem z budki telefonicznej z zaczerwienionymi oczyma, kapało mi z nosa. – Co się stało? – zapytał kumpel. – Znów pogorszył się stan zdrowia mojej córki – odpowiedziałem, a ten facet chwycił mnie za ręce, przywołał jeszcze trzeciego kierowcę z firmy (bo Jezus powiedział: „Gdzie dwóch lub trzech”, więc lepiej, jak nas będzie trzech) i na środku parkingu objęliśmy się ramionami i zaczęliśmy się modlić. Na drugi dzień ten kierowca rzucił: „Dzwoniłem do żony. Cały nasz zbór baptystów modli się za Wiktorię”. Po kilku tygodniach nabrałem przekonania, że Bóg wysłucha tej prośby. Uspokoiłem się. Przestałem się bać. A propos przypadków... Wiktoria wyszła ze szpitala 15 sierpnia.

Nie miałeś pokusy, by zapukać do baptystów? Skoro u nich to „działa”?
– Nie. Doznałem wtedy niesamowitego głodu Pisma Świętego. Chłonąłem je, dosłownie połykałem. Jechałem swym kolosem przez Stany i słuchałem ewangelizacyjnych stacji radiowych. A te były jedynie protestanckie. Zafascynowały mnie zapał i gorliwość kaznodziejów i pod ich wpływem zacząłem zadawać sobie pytania o mój katolicyzm. Miałem sporo dogmatycznych wątpliwości. Odnoszę jednak wrażenie, że Maryja trzymała mnie przez cały czas za rękę. Nie odpadłem od Kościoła. Więcej: zacząłem go coraz mocniej kochać. Gdy słyszałem w radiu o jakiejś kontrowersji, od razu szukałem odpowiedzi. Dzięki protestantom na nowo odkryłem swój katolicyzm. Ogromne rozbicie protestantyzmu w Stanach bierze się stąd, że z czasem każda wspólnota staje się letnia, przesuwa się w lewą stronę. A ponieważ pewnej grupie zaczyna to przeszkadzać, radykalizuje się i zakłada kolejny, „prawdziwy Kościół”, który żyje Ewangelią aż do czasu, gdy sam nie zacznie obrastać w piórka…
Kiedyś w na trasie oddałem swe życie Jezusowi. Zjechałem na pobocze, klęknąłem. Powiedziałem: Oddaję Ci całego siebie. Przez ręce Maryi. Powinno się to stać automatycznie dużo wcześniej: podczas bierzmowania, ale jakoś je „przespałem”. Pamiętam jedynie strach, że biskup spyta się o jakąś formułkę z katechizmu.

Dlaczego tak bardzo boimy się gestu powierzenia życia Jezusowi? Boimy się, że to zgoda na życiowe zawirowania, cierpienie…
– Chrześcijaństwo nie jest dla słabeuszy. Ktoś, kto wymyślił hasło „moherowe berety”, kompletnie nie wie, o co w tym wszystkim chodzi. Chrześcijaństwo jest dla rycerzy. Pierwsi uczniowie oddawali życie za Jezusa. Każdego dnia toczysz walkę duchową. Odpierasz ataki Złego. W Stanach dwa razy do roku obchodzimy w intencji dzieci nienarodzonych dość intensywny 40-dniowy post.

Nasza sonda: Czym jest dla Ciebie post?

Co to znaczy „dość intensywny? Dziś dla Jana Kowalskiego postem jest rezygnacja z Facebooka...
– Staram się przeżyć te 40 dni o chlebie i wodzie. W pierwszym dniu takiego postu wyszedłem na ulicę na południu Chicago. Tam jest dość podejrzana dzielnica, kolorowa ludność, szemrane interesy. Spacerowałem wieczorem i odmawiałem Różaniec, gdy nagle ktoś wskoczył mi na plecy i walnął mnie w szczękę (tak mocno, że przez tydzień mnie bolało). Jestem raczej drobnej postury, nie jestem atletą, więc powinienem od razu przewrócić się na ziemię. A jednak ustałem i zrzuciłem napastnika z pleców. Strąciłem go jak jakiś listek. I wtedy zobaczyłem, że otoczyło mnie trzech Murzynów. Wyciągnęli noże i krzyknęli: wyskakuj z zegarka, portfela, obrączki. A ja chwyciłem krzyż (każdego dnia chodzę z tym krzyżem na piersi) i zapytałem: Czy słyszeliście o tym, że Jezus was kocha?

Drżąc z przerażenia?
– Nie pamiętam. W ogóle nie wiem, skąd wpadł mi do głowy taki kaznodziejski pomysł. Nie potrafię sobie tego racjonalnie wytłumaczyć. Czułem, że to walka duchowa. Pierwszy dzień postu, a tu nagle takie zastraszanie. To nie był zwykły chuligański atak. Ci faceci zbaranieli, opadły im ręce i odeszli.

Na szoferce umieściłeś wielki napis Totus Tuus. Kiedy ostatni raz Pan Bóg zweryfikował to, czy naprawdę oddajesz Mu wszystko?
– Sprawdza to każdego dnia. Gdy zacząłem być niezależnym truckerem, swą firmę też nazwałem Totus Tuus.

Czy postu można się nauczyć? Napiąć cherlawe duchowe bicepsy i zacisnąć pasa?
– Chyba nie, bo post jest łaską. Półtora roku temu, 15 sierpnia, zacząłem nowennę 9 lat postu o chlebie i wodzie. Z wyjątkiem niedziel.

Jak smakuje taki niedzielny obiadek?
– Mmmmm. Jedyny problem jest taki, że w niedzielę zawsze zjem za dużo (śmiech). Ale warto czekać! Bardzo trudno jest w dwóch słowach powiedzieć, dlaczego poszczę. Może przejąłem się przesłaniem z Fatimy? My czytamy o tych objawieniach i zastanawiamy się, czy Bóg już zrealizował tę trzecią tajemnicę, czy jeszcze nie, a przecież nie o to chodziło Maryi! Ja po latach widzę, że celem mojego życia stało się naśladowanie tych dzieciaków z portugalskiej wioski. One na serio potraktowały słowa o poście. Biczowały się pokrzywami, oddawały innym ostatnią kroplę wody, bo – jak zapewniła je Maryja – w ten sposób uratują wiele grzeszników. Nasza wspólnota nazywa się Marto – bo to nazwisko Hiacynty i Franciszka. Te dzieci na własne oczy widziały, jak ogromne owoce daje post.
Gdy Jonasz przyszedł do Niniwy i bardzo niechętnie głosił jej orędzie nawrócenia, mieszkańcy grzesznego miasta zaczęli pościć. I ocaleli. Postem możemy odwrócić bieg historii, zmienić kolej rzeczy.

Tyle że my czekamy na natychmiastowe owoce…
– …a Bóg patrzy na świat w taki sposób, jak my patrzymy na Panoramę Racławicką. Widzi wszystko. I początek, i koniec. Owoce to Jego sprawa, nie nasza. Znany w Stanach jezuita Mitch Pacwa mawia często: To jest sprawa zarządu, my pracujemy w dziale sprzedaży.

Nasza sonda: Czym jest dla Ciebie post?

Gdy włoska „La Stampa” podała informację: „siostra Tobiana Sobótka zeznała, że Jan Paweł II regularnie się biczował w akcie pokuty za grzechy”, media zawrzały. W internecie słowo „dewiant” było jednym z najłagodniejszych…
– No tak… Asceza nie jest w modzie. Boimy się postu. Gdy zacząłem pościć za Wiktorię w piątki, zobaczyłem, że da się z tym żyć. I że jest jeszcze mnóstwo intencji, w których warto pościć. To nie przymus, ale propozycja Boga, mojego Ojca. Świat się zmienia w ekspresowym tempie. To, co jeszcze dla mojej babci było normą (pościła w piątki i środy), ja odkrywałem od podstaw.
Niebo przedstawiane jest jako uczta. Oj, jak ja czekam na tę ucztę! Wierzę, że będą na niej najprzedniejsze wina (nie piję od lat alkoholu) i najlepsze mięsa. Liczę na to, że w niebie sobie wszystko odbiję (śmiech). A na razie poszczę. Bo przyszedł czas, „jakby nie było pana młodego”. Żyjemy czasach nowego adwentu, wyczekiwania…

Stany Zjednoczone kojarzą się nam ze wszystkim, tylko nie z postem. Czy ludzie nie patrzą na Ciebie jak na dziwaka? Poleciał za ocean, by żyć o chlebie i wodzie... A koledzy kierowcy?
– Chyba się przyzwyczaili. Internauci żartują: Co robi teraz Hiob? (to moja ksywa internetowa). Na pewno wsuwa chlebek pani Hiobowej. Moja żona piecze pyszny chleb. Nie słyszę z ust kolegów kierowców drwin. Zresztą najczęściej jeździsz w trasy sam.

Mijając bary oferujące wypieczone steki czy skwierczące na ruszcie kurczaki...
– Jaki sens ma post bez pokus? Żaden. Oddanie życia Jezusowi to zgoda na pójście Jego drogą. A jak sam zapowiada: jest ona wąska. Co zyskujesz w zamian? Ogromny wewnętrzny spokój. Znika szarpanina. Post pozwala kontrolować nerwy. Ja jestem cholerykiem i zdarzało się, że wybuchałem z powodu byle drobnostki. Teraz potrafię kontrolować emocje. No, nie wszystkie… Gdy opowiadam o narodzinach Wiktorii, zawsze mam ściśnięte gardło. Dzięki postowi rzuciłem palenie. A paliłem naprawdę sporo. Im większa „machora”, tym lepiej. Post sprawił, że nie podążam już jak głupia owieczka za każdą telewizyjną reklamą. Jestem w trasie dwa, trzy tygodnie. Mijam billboardy po drodze i… zostawiam daleko za ciężarówką. Internauci pytają czasem: „Dlaczego nie zgolisz tych koszmarnych wąsów?”. „A po co? – odpowiadam. – Muszę być taki jak wszyscy? Wyjęty żywcem z reklamy? Wszyscy musimy być lalkami Barbie i Kenami? Nie! Nie jesteśmy taśmową produkcją. A wąsy to osobna historia. W liceum chciałem mieć wąsiki, ale mi nie rosły. Wystawały trzy włoski na krzyż. Kolega złośliwie przezwał mnie „Szczurkiem”. Zawsze wychodząc z kościoła, dotykałem miejsca pod nosem wodą święconą. A nuż to pomoże i coś wyrośnie? I wyrosło, co widać na załączonym obrazku (śmiech). Nawet moje głupie wąsy są świadectwem wiary.

Dla goniącego za przyjemnościami człowieka facet poszczący przez kilka miesięcy jest bohaterem…
– Nie możemy się porównywać. Nie ma mistrzostw świata w poszczeniu. Ja widzę po prostu, jak wiele łask otrzymałem. I nie mogę na to nie zareagować. Dlatego wchodzę w obietnicę Boga: w post. Widzę, że Bóg wchodzi ze mną w pewien układ i zabiera mi wówczas ciężar, który dźwigam na plecach. Wzajemnie sobie pomagamy. Czasem czuję się jak Szymon Cyrenejczyk.  

Nasza sonda: Czym jest dla Ciebie post?

Tagi: