Nowy numer 46/2018 Archiwum

Prawo do przemocy

Mieli po kilkanaście lat, chcieli walczyć z komuną. Myśleli, że będzie powstanie.

Trzydzieści lat temu, 18 lutego 1982 r., doszło do tragedii w warszawskim tramwaju numer 24. Grupa nastolatków próbowała rozbroić sierżanta MO Zdzisława Karosa. Doszło do szamotaniny, padł przypadkowy strzał. Po kilku dniach milicjant zmarł w szpitalu. Władza komunistyczna, która dwa miesiące wcześniej krwawo stłumiła zryw „Solidarności”, rozpoczęła natychmiast wielką akcję propagandową. Trzej chłopcy z Grodziska Mazowieckiego oraz ich opiekun duchowy, ks. Sylwester Zych, stali się z dnia na dzień groźnymi terrorystami, a brutalny reżim ustawił się w roli ofiary. I choć mało kto już wówczas wierzył w kłamstwa wygłaszane przez dziennikarzy ubranych w wojskowe mundury, podziemna „Solidarność” wolała odciąć się od poszukiwanych listem gończym „agresorów”. To, co zrobili było bowiem zaprzeczeniem fundamentalnej zasady, że prawo do przemocy ma w stanie wojennym tylko władza komunistyczna.

Gotowi na godzinę „W”
Żaden z chłopaków nie uczestniczył w zorganizowanych podziemnych strukturach. Jedynie  Staszek Matejczuk, najstarszy nieformalny przywódca paczki przyjaciół, był działaczem NZS, relegowanym z Politechniki Śląskiej i przyjętym na KUL. Ale on nie brał udziału w akcji, stracił kontakt z grupą. Pozostali, chłopcy ze szkoły zawodowej i dziewczęta z liceum, wiedzieli tylko, że władza wypowiedziała narodowi wojnę. I że w tej sytuacji nie można pozostać biernym. Dziadek jednego z nich zginął w Katyniu, w pozostałych rodzinach przechowywano opowieści o metodach walki zbrojnej z okupantem. Dorastali, słuchając o małym sabotażu, rozbrajankach, odbijaniu więźniów. W takiej tradycji wyrośli i do niej teraz chcieli nawiązać. To nie były czasy internetu i komórek. Nie znali sposobu działania „Solidarności”, nie mieli nawet dostępu do bibuły, w ich życiu był tylko dom, gdzie chciano ich chronić, i szkoła, która stanowiła część systemu opresji i zakłamania. Jedynym lokalnym autorytetem pozostawał ks. Sylwester Zych, znany z tego, że nie bał się mówić prawdy. Ale do niego przyszli, gdy już było za późno…
– To nie była żadna zorganizowana grupa, nie zachowywali nawet elementarnych reguł konspiracji, działali całkowicie spontanicznie – mówi Stanisław Kuźnik, reżyser paradokumentalnego spektaklu „Oskarżeni”, w którym starał się odtworzyć tamte wydarzenia. Najbardziej do czynu rwał się Robert Chechłacz. To on próbował rozbroić sierżanta, bo wcześniej udało mu się to już w przypadku dwóch pijanych żołnierzy. Obyło się wówczas bez ofiar, co rozzuchwaliło „konspiratorów”. Zbierali broń, marząc o powstaniu, chcieli być gotowi na godzinę „W”. Dominikanin o. Norbert Kuczko, pracujący z młodzieżą, widzi w ich zachowaniu pewną naturalność: – Najpierw pojawia się impuls, od razu przeradzający się w działanie, a dopiero później przychodzi refleksja. W przypadku chłopaków w tym wieku tak było, jest i będzie.

« 1 2 3 »
oceń artykuł
  • kinky
    30.09.2012 00:42
    gdybyś nie był ignorantem i zadał sobie choc trochę trudu wiedziałbyś,że tomasz łupanow nie żyje od ponad roku:/
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji