Nowy numer 43/2020 Archiwum

Padre wie, co to miłość

Ludzie są pewni, że przez o. Ryszarda Sierańskiego mówi Bóg. A on mówi, że jest zakochanym chłopakiem.

Bóg objawiony w osobie Jezusa jest piękny, niezgłębiony, tajemniczy, bliski, urzekający – wylicza. – Co tu wymieniać, chyba jestem zakochany? Kiedy nazywają go prorokiem, żyjącym w uniesieniu, przerywa. – To tak, jakby mieć pretensje do zakochanego chłopaka, że ciągle marzy o dziewczynie i stale chce z nią być. Bez zakochania nie zrozumiesz Boga.

Kiedy bierze w dłonie Hostię, czasem zaczynają mu płynąć po policzku łzy, tak że musi ukryć twarz. – Mam wtedy taką pewność, że On tu jest – wyznaje. – I wtedy chciałbym wszystkich zebranych na Eucharystii objąć, ukochać. Bo przecież Miłość przeszła między nami!

Od 1987 r. żyje poza swoją wspólnotą oblacką. Chciał wyjść na zewnątrz, do ludzi, a przełożeni pobłogosławili mu na tę drogę. Mieszka przy Opolskiej 9, w samym centrum Katowic. Nawet nocą czuć tam spaliny aut wielkiego miasta. 5 minut dalej jest klub nocny i kilka dyskotek. Do 4 rano kręcą się tam ludzie, którzy chcą się rozerwać. Ojciec nie musi ich daleko szukać. Na Opolskiej mieści się też dom macierzysty, a zarazem punkt interwencji kryzysowej założonej przez niego Wspólnoty Dobrego Pasterza. Każdy może tu zajrzeć. W piwnicy pierwsza pomoc – kaplica z Najświętszym Sakramentem. – Na obrazkach religijnych Dobry Pasterz pochyla się nad zgubioną owieczką. Ale musi uważać, żeby nie wpaść za nią w przepaść – kiedy to mówi, widać, że jest realistą. Razem ze świeckimi współbraćmi pomaga alkoholikom, narkomanom, bezdomnym, niedoszłym samobójcom, wszystkim jakoś pogubionym. – Jak sobie człowiek nie radzi z życiem, bólem, cierpieniem, to szuka dopalaczy i zaczyna wegetować – mówi. – Ale Pan przyszedł, żeby dać nowe życie.

Gangster zmieniony w owcę

Miał 21 lat i był na drugim roku w seminarium, kiedy pojechał na koncert ekumeniczny chrześcijańskiego zespołu do salezjanów na warszawskiej Pradze. – Zacząłem rozmawiać z muzykami z Kanady i USA – pamięta. – Ktoś tam mówił: „Byłem narkomanem, spadłem na dno, że prawie mi się ciało rozsypywało, ale Pan mnie dotknął i uzdrowił”. Mnie się spodobało, że ci świeccy, przed trzydziestką, z taką radością mówią o Bogu. To nie były kazania, wykłady, ale zwyczajne opowieści, jak Bóg pomógł im odrzucić stary płaszcz. Nagle zrozumiałem, że wiara jest spotkaniem. Miałem wrażenie, że Bóg do mnie przyszedł i spytał: „Wchodzisz w relacje ze mną czy nie?”. Zmówiłem modlitwę, w której Go przyjąłem, i do dziś mam fundament silniejszy niż śmierć.

Kiedy na początku przełożeni zapytali go, z kim chce pracować, odpowiedział, jak to było modne, że z młodzieżą. – Jakby nie-młodzież to już nie byli ludzie – uśmiecha się. Pamięta moment, kiedy młodzi uświadomili mu, że jest dla nich ojcem. Podczas jednej z katechez zwrócił uwagę na piękną dziewczynę ze smutnymi oczami. Złapali kontakt wzrokowy. Po zajęciach podeszła do niego ze łzami: „Ojcze, mój brat siedzi w więzieniu we Wronkach”. Miał wtedy 26 lat, a ona 18. I został „padre”, bo tak z włoska mówią do niego do dziś. Nieraz przyznaje, że kocha wiele kobiet. – Ale nie tak, jak zwykliście myśleć – dodaje. Tamta dziewczyna wybrała mu rolę na całe życie. – Jest ojcem dla tych, którzy nie rozumieją się z biologicznymi rodzicami – podkreślają siostry i bracia ze wspólnoty. Niedługo po święceniach w Gorzowie Wielkopolskim stał się też ojcem dla Arka, który znalazł go na parafii. – Stał duży, napakowany, z tatuażem, pojechaliśmy chwilę porozmawiać, a wróciłem nad ranem – wspomina. – Zaczęliśmy się spotykać, a Arek wewnętrznie rósł. Aż kiedyś Jadźka, prostytutka, przybiegła mnie ostrzec, żebym uważał, bo czeka na mnie z siekierą. Zajrzał po pomoc do Pisma św., które otworzyło mu się na tekście Izajasza, gdzie mowa o biegających po mieście i straszących śmiercią.

Chowając strach do kieszeni, odnalazł chłopaka i zamiast słów powitania mówił do niego: „Pan jest moim pasterzem”. Arek z napastnika zamienił się w owieczkę. Do dziś są przyjaciółmi.

„Padre” został też ojcem „Wally’ego” – taki pseudonim nosił Tomek Młodkowski, bestialsko zamordowany podczas porachunków gangów w Załężu, najmroczniejszej dzielnicy Katowic. Przez trzy miesiące przychodził do założonej przez nich przed 10 laty knajpy bezalkoholowej „Wysoki Zamek” i milczał. Kiedy się odezwał, zdradził, że tak ich sondował. Zaglądał do nich 6 lat. – Takich osób były setki – mówi. – Książkę by można o nich napisać.

Jezus w pubie

Osiem lat był wikarym w Lublińcu. A potem został sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem pod banderą Jezusa. W 1986 r. przyjechał do Katowic i zaczął szukać parafian. Chodził tam, gdzie było dużo ludzi – na „bajzel”, do pubów, restauracji, kin, na dworzec. – Jak czytam Ewangelię, widzę, że Jezus szedł tam, gdzie przebywali ludzie – ma to przemyślane. Nieraz sprawuje Eucharystię na kawiarnianym stole w ich „Wysokim Zamku”. Zgromadzeni siedzą wtedy w kręgu, blisko siebie, jak podczas Ostatniej Wieczerzy.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama