GN 48/2020 Archiwum

Stanowczy czy agresywny?

O nowym przewodniczącym Parlamentu Europejskiego Martinie Schulzu mówi się, że jest zwolennikiem tolerancji, który nie toleruje innych poglądów niż swoje własne.

Po wybraniu nowego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego współprzewodniczący frakcji Europy Wolności i Demokracji (należy do niej Solidarna Polska), Brytyjczyk Nigel Farage pytał: – Jakiego przewodniczącego Schulza dostaniemy? Godnego, opanowanego człowieka, zachowującego się jak marszałek wszystkich wielkich parlamentów, kogoś, kto staje ponad codziennymi politycznymi sporami i jest ambasadorem, a nawet mężem stanu? Czy jednak Martina Schulza, którego od 2004 roku zdążyliśmy poznać jako lidera frakcji socjalistów? Wiecie, kogo mam na myśli: warczącego, złego, niezdolnego do pohamowania własnego temperamentu, nietolerancyjnego wobec każdego, kto wyraża inny punkt widzenia.

Nad tym, jaki będzie następca Jerzego Buzka na tym stanowisku, zastanawia się wielu europejskich polityków i komentatorów. A jakim politykiem do tej pory był Martin Schulz?

Rozrzutny burmistrz

Zanim wyjechał do Brukseli, Martin Schulz wiódł raczej nudną, jak na niemieckiego polityka, karierę. Gdy jego koledzy z lewej strony sceny politycznej bili się na ulicach z policją i kibicowali terrorystom z Frakcji Czerwonej Armii, on w 1974 roku zapisał się do Socjaldemokratycznej Partii Niemiec i jej młodzieżówki. Zawodowo trudnił się księgarstwem, a politycznie z mozołem wspinał po kolejnych szczeblach kariery samorządowej, zostając radnym miasteczka Würselen, a w 1987 roku, w wieku 31 lat, najmłodszym burmistrzem w Nadrenii-Westfalii. 20 stycznia 2012 roku miasto przywitało z pompą nowego przewodniczącego PE. Nic dziwnego, w końcu to jedyny znany na cały świat mieszkaniec liczącej niecałe 40 tysięcy dusz miejscowości. Jednak gdy GN spytał biuro prasowe urzędu miasta o budowę basenu Aquana, na które Würselen wydało pieniądze swoich mieszkańców z pomysłu i za kadencji Schulza, usłyszeliśmy odpowiedź: – To zupełnie inna sprawa.

Nic dziwnego, że urzędnicy nie byli zbyt wylewni. W końcu inwestycja do dziś budzi kontrowersje. Sama budowa spowodowała potężną dziurę budżetową w kasie miasta. Do dziś rocznie dopłaca ono ok. 1 mln euro do jego utrzymania, co w przeliczeniu na mieszkańca wynosi ok. 30 euro. Przewodniczący Schulz ma gest – szkoda tylko, że nie za swoje pieniądze.

Musztrować przeciwnika

„Jeder Opa nach Europa” (Każdy dziadek do Europy) – mówią Niemcy ironicznie o tym, że mandat europarlamentarzysty jest dobrym sposobem na załatwienie na starość zasłużonym działaczom partyjnym lukratywnego stanowiska. Martin Schulz jest zaprzeczeniem tej zasady, choć trudno powiedzieć, czym zasłużył na mandatowe miejsce na liście wyborczej Socjaldemokratycznej Partii Niemiec w wyborach do PE w 1994 roku. – Często zdarza się, że dobre miejsca na listach są „nagrodą pocieszenia” dla polityków, którym nie udało się wejść do Bundestagu. Jednak rzadko europosłem zostaje szerzej nieznany samorządowiec – mówi GN niemiecki publicysta Michael Paulitz.

Polityk został europosłem i z kadencji na kadencję liczył się coraz bardziej we frakcji socjalistycznej, w której zasiadał. Najpierw kierował grupą niemieckich europosłów w tej frakcji, później, od 2004 roku, całym klubem. Swoją karierę zawdzięcza przede wszystkim niewybrednemu sposobowi prowadzenia sporów. Gdy w 2003 roku do Parlamentu Europejskiego na inaugurację włoskiej prezydencji w UE przybył ówczesny premier Italii Silvio Berlusconi, Schulz wskazał na fakt, iż łączenie ról szefa rządu i medialnego barona przez włoskiego polityka może prowadzić do konfliktu interesów. – Panie Schulz, znam włoskiego producenta filmowego, który kręci film o nazistowskich obozach koncentracyjnych. Zaproponuję mu pana do roli kapo. Byłaby dla pana odpowiednia! – odbił piłeczkę Berlusconi. Choć to porównanie może budzić niesmak, to jednak włoski polityk celnie opisał polityczną postawę Schulza. Kolejne ruchy niemieckiego europosła pokazują, że według niego europarlamentarzysta powinien po nauczycielsku ustawiać polityków krajowych, z wyższością wskazywać im, co w ich funkcjonowaniu odpowiada „europejskim wartościom”, a co nie.

Z jego butną postawą spotkał się także Jarosław Kaczyński, gdy był jeszcze premierem. – Premier Kaczyński kieruje najbardziej eurosceptycznym rządem w Europie z udziałem populistów i radykalnej prawicy. Taki człowiek nigdy nie będzie partnerem dla europejskich socjalistów. Jego rząd reprezentuje to wszystko, z czym walczymy – powiedział w 2006 r. ówczesny lider eurolewicy po wizycie polskiego polityka w PE.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama