Nowy numer 43/2020 Archiwum

Położny Niedźwiedź

Ręce ma jak łapy. Ze dwa razy większe niż jego koleżanki położne. Bierze tymi łapami noworodka, karmi, kąpie, ubiera. A pogląd, że położnictwo to strefa tylko dla kobiet pęka wtedy jak bańka mydlana.

Radek Niedźwiedź, rocznik ’83, wzrostu prawie 2 metry, jest jedynym w Warszawie – i jednym z ok. trzydziestu w Polsce – położnym. Tak, położnym, nie położnikiem. Bo ten ostatni to lekarz ginekolog. A Radek kończy Akademię Medyczną co prawda, ale na Wydziale Położnictwa. A jak to się zaczęło? – pytają pacjentki i koleżanki z pracy. Położny Niedźwiedź jest przyzwyczajony, więc odpowiada.

Powołanie? Z czasem

Zaczęło się zwyczajnie, bez szału i zapewnień o wielkim powołaniu do niezwykłego jak na faceta zawodu. Po maturze poszedł na informatykę. W ciągu roku stwierdził jednak, że to nudne i za dużo w prywatnej uczelni nie wymagają. Jednocześnie więc przygotowywał się na medycynę. Czuł, że świat pomagania, leczenia to będzie jego życie. Uczył się pilnie, tyle że na medycynę się nie dostał. Zabrakło paru punktów. Gdy w zamian zaproponowali mu ratownictwo medyczne, położnictwo lub coś tam jeszcze, nie bardzo wiedząc, w co się pakuje, wybrał położnictwo.

Pierwsze praktyki zawodowe w jednym z warszawskich szpitali Radek wspomina jako wielką szkołę życia. Miał przepracować nieco ponad sto godzin. Po stu godzinach społecznie przepracował kolejne sto. I kolejne, i kolejne... Wyszło tego ponad tysiąc. Miał szczęście: pracujące na oddziale doświadczone położne chyba jakimś babskim instynktem wyczuły, że z faceta będą ludzie. A i pacjentki chętnie korzystały z pomocy młodego chłopaka, który brak doświadczenia nadrabiał chęcią pomocy i zdeterminowaniem.

I w końcu pierwsze „własne” porody. Dość dramatyczne chwile, przyznaje: tak wielkiego cierpienia kobiety w życiu nie widział. A poczucie, że nie potrafi pomóc – chyba jeszcze trudniejsze...

Mijały lata. Licencjat z położnictwa napisał Radosław Niedźwiedź na temat... facetów położnych, oczywiście. Musiał przeprowadzać własne badania. Wyszło mu, że pacjentki wolą ginekologów-położników mężczyzn. Więc może i dla położnego jest u pacjentek szansa?

Szansa stanowczo była. Radek rozpoczął pracę w kolejnym warszawskim szpitalu ginekologiczno-położniczym, a potem jeszcze w kolejnym. I chociaż jak na początkującego położnego doświadczenie miał spore, a pacjentki wcale się przed nietypowym opiekunem nie broniły, łatwo nie było. Bo okazało się, że damskopołożnicze środowisko jest mocno hermetyczne. I niekoniecznie kolegę po fachu akceptuje. Bywało i tak, że szefowa nie rozmawiała z nim rok. A mówiąc do całego personelu, stawała do Niedźwiedzia tyłem, niemal zwracając się do wszystkich „drogie panie”... Ale nic to. Bo z każdym dniem okazywało się, że ta praca wciąga, a z czasem staje się powołaniem.

Niedźwiedź na Haiti

W końcu, gdzieś między jednym dyżurem nocnym a drugim, między ubieraniem noworodka a pobieraniem krwi u wcześniaka, dotarła do Niedźwiedzia informacja: MaterCare Polska, organizacja zrzeszająca katolickich ginekologów i położnych, poszukuje wolontariuszy. Do pracy na oddziale ginekologiczno-położniczym, na Haiti. Na to samo Haiti, które kilka miesięcy wcześniej zatrzęsło się i runęło. To samo, które w pięknych okolicznościach przyrody jest obecnie piekłem na ziemi. Z umierającymi przy porodzie na ulicy matkami i niemowlętami, które mają tak małe szanse...

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama