Nowy numer 44/2020 Archiwum

Kochajmy się!

Wczoraj zadzwoniła do mnie znajoma lekarka z Wilna i mówi: „ Wie pani, jak oni nie chcą tej naszej polskości, to ja na złość, więcej po polsku mówię, nawet do pacjentów. Nie tak jak wcześniej. Taki się odruch w człowieku budzi”.

Ano właśnie - budzą się złe odruchy, grasują złe duchy. I wcale tym rymowaniem częstochowskim nie bagatelizuję problemu. Bo on, niestety - jest, nieustannie podsycany przez kolejne decyzje litewskich władz. Pojawia się jak bumerang co kilka miesięcy przywołując temat – niechęci Litwinów do prawie 300 tys. Polaków mieszkających na terytorium Litwy, głownie na wileńszczyźnie i w rejonie solecznickim. (Byłam tam, wiersze czytałam i rozmawiałam z paniami nauczycielkami – takimi „siłaczkami”, pracującymi w polskich szkołach. Swoimi wielkimi staraniami podtrzymującymi polskość wśród młodych pokoleń, których przodkowie pomieszkiwali przecież w Rzeczpospolitej Obojga Narodów).

No właśnie, od tego roku znów się zrobił szum wokół polskich szkół. Zdecydowano bowiem, że językiem nauczania większości przedmiotów będzie - nie jak dotąd polski, ale litewski. Ale też nie zwiększono ilości godzin polskiego. Litwini, narzekali, że uczniowie po szkołach polskich na egzaminach wstępnych na wyższe uczelnie są traktowani ulgowo. Mówiąc na zajęciach po polsku, po prostu nie znają tak dobrze swojego języka ojczystego. Potwierdzali to w rozmowach ze mną niektórzy absolwenci polskich szkół średnich, mówiąc, że wybrali polonistykę, bo nie byli pewni swego litewskiego na egzaminach wstępnych.

No i widać gołym okiem, że coś tu jest nie tak. Rozmawiając z wieloma młodymi zauważałam, że ich polszczyzna po szkołach polskich też nie jest doskonała. Poza zajęciami, żyjąc często w mieszanych (polsko-litewskich) rodzinach po prostu mówią po litewsku. I nie znają bardzo dobrze ani litewskiego, ani polskiego.
Co z tym fantem zrobić?  Na pewno nie można zostawić tak sprawy. Młodzi uczący w myśl obowiązujących dyrektyw tylko kilka godzin tygodniowo języka polskiego, zapomną, że to język ich drugiej ojczyzny - Polski, jak mi mówili uczniowie gimnazjum Jana Pawła II w Wilnie. I po prostu postawią – na obecnie międzynarodowy – angielski, otrzepując się z języków prowincji. Wydaje się, że do tego mogą doprowadzić działania litewskich decydentów oświatowych i nie tylko. Wszystkich tych, którzy gdzieś tam na górze decydują, żeby nie pisano po polsku i litewsku nazw ulic, nie wspominając już o polskich, zniekształcanych przez lata nazwiskach. Do czego te „decyzje z sufitu” – jak mówią młodzi Litwini i Polacy prowadzą? Do wzajemnej niechęci, żyjących obok siebie, chodzących do tych samych świątyń i kafejek.

Symptomatyczne są wyniki internetowego najnowszego sondażu przeprowadzonego przez GfK Custom Research Baltic, o którym informuje w styczniowym numerze miesięcznik „IQ”. Aż 51 proc. Litwinów nie chce mieszkać w sąsiedztwie Polaków.  24 proc. respondentów nie życzy sobie ich sąsiedztwa w „żadnym wypadku”, a 27 proc. – „raczej by nie chciało”. Dla porównania: w 2008 roku nie chciało ich za sąsiadów 9,5 proc. mieszkańców Litwy. Największy dystans do Polaków wykazali mieszkańcy Szawli i Kłajpedy, gdzie Polacy stanowią znikomy procent. Autor publikacji Tomas Janeliūnas odnotowuje, że „takie tendencje powinny niepokoić litewskich polityków, którzy ciągle usiłują twierdzić, iż napięcie między Litwą a Polską jest kwestią poszczególnych polityków i nie wpływu na społeczeństwo. (…) Należy uznać, że emocje, które dominują w środowisku politycznym, udzielają się nie tylko mediom, ale mają też wpływ na opinię publiczną” – napisał Janeliūnas.

Dobrze, że ktoś ze strony litewskiej na to wpadł. Może i Litwini zaczną się wreszcie starać, żeby im się milej żyło z Polakami, mieszkającymi przecież na tych ziemiach od setek lat. Warto by było, aby częściej i jedni, i drudzy zaglądali do „Pana Tadeusza”, o którego autorze w zależności od punktu widzenia powiadają, że Litwinem, albo, że - Polakiem był. Najważniejsze, że, nie nadużywając stylistyki Gombrowicza - był „wielkim poetą”.  I ten wielki poeta w ostatniej księdze naszej narodowej epopei napisał: „Kochajmy się”. Tego się trzeba trzymać!
 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Barbara Gruszka-Zych

od ponad 30 lat dziennikarka „Gościa Niedzielnego”, poetka. Wydała ponad dwadzieścia tomików wierszy. Ostatnio „Nie chciałam ci tego mówić” (2019). Jej zbiorek „Szara jak wróbel” (2012), wybitny krytyk Tomasz Burek umieścił wśród dziesięciu najważniejszych książek, które ukazały się w Polsce po 1989. Opublikowała też zbiory reportaży „Mało obstawiony święty. Cztery reportaże z Bratem Albertem w tle”, „Zapisz jako…”, oraz książki wspomnieniowe: „Mój poeta” o Czesławie Miłoszu, „Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara” a także wywiad-rzekę „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem”. Laureatka wielu prestiżowych nagród za wywiady i reportaże, m.innymi nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w dziedzinie kultury im. M. Łukasiewicza (2012) za rozmowę z Wojciechem Kilarem.

Kontakt:
barbara.gruszka@gosc.pl
Więcej artykułów Barbary Gruszki-Zych

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także