Nowy numer 42/2021 Archiwum

Składanie siebie

Nie pokazują na zdjęciach twarzy. Nie podają nazwisk. Przekonani, że choroba psychiczna ich naznaczy i wykluczy. – Społeczeństwo nie jest do nas dobrze nastawione – powtarzają.

Profesor Antoni Kępiński pisał o chorych psychicznie, że więcej czują i więcej cierpią. Barbara, z psychozą rozpoznaną przed 30 laty, mówi, że chciałaby, abyśmy postrzegali ich jako osoby, które od czasu do czasu przechodzą kryzysy psychiczne i właśnie wtedy potrzebują wsparcia, a potem poradzą sobie same. – Trudno nam wyjść do ludzi i przyznawać się do choroby, kiedy w mediach pokazują, że chory psychicznie to ktoś agresywny, nieobliczalny – mówi. – Dlatego ludzie się nas boją. – Ta choroba wiąże się z czymś tak intymnym, świadczącym o naszej indywidualności jak psychika – mówi Piotr z diagnozą „schizofrenia paranoidalna”. Ktoś, kto stracił rozum, jest traktowany z pogardą. Szpitale psychiatryczne w Kobierzynie, Rybniku, Tworkach to synonim dziwactwa. – Ludzie myślą stereotypami, uważają, że choroba psychiczna powoduje utratę inteligencji – podkreśla Piotr. – Nie odróżniają niepełnosprawności psychicznej od intelektualnej. A choroba psychiczna dotyczy emocji. Piotr, z wykształcenia prawnik, w pracy zataił prawdę. – Mówiłem, że dostaję rentę z powodu zmian w kręgosłupie, i to kupili – zdradza. – Miałem sukcesy, wygrałem parę procesów, udzielałem porad prawnych – odpowiada.

Bał się, że po wyjawieniu prawdy prestiż, jaki sobie wypracował, legnie w gruzach. Barbara przez 25 lat była nauczycielką w podstawówce. Miała ten komfort, że dyrekcja, koledzy i cała kadra, łącznie ze sprzątaczką i woźną, wiedzieli o jej chorobie. I ją wspierali. Ale to wyjątek.

Spełnienia

– Jestem w takim punkcie życia, o którym marzyłem podczas pobytu w szpitalu w Kobierzynie – opowiada Piotr. – Skończyłem studia prawnicze, zamknąłem szkolenie aplikacyjne, mogę przystąpić do egzaminu adwokackiego, mam żonę i trójkę cudownych dzieci – wylicza. – Są śliczne i zdrowe, zwłaszcza ten malutki. Wszystkie panie w żłobku się w nim zakochały. W tym momencie jestem spełniony – podsumowuje. Prawie 20 lat temu po raz pierwszy poszedł do psychiatry w przychodni studenckiej. Usłyszał rozpoznanie: schizofrenia paranoidalna. 10 lat później przeszedł poważny kryzys i trafił do szpitala psychiatrycznego. Od tamtego czasu radzi sobie sam. Oczywiście z pomocą leków. – To laska podpierająca w chorobie – zaznacza. Siedzimy w pokoju dziecinnym. Kolorowe ubranka i zabawki nie dadzą się skupić na poważnej rozmowie. Cała trójka maluchów – 10-latek, 4-latka i 15-miesięczny synek są w żłobku, przedszkolu, szkole. Żona, prawnik, w pracy. A Piotr rozmawia z nami, zerkając na zegarek, by upewnić się czy zdąży z domowymi obowiązkami. Przygotowując się do egzaminu aplikacyjnego, zrezygnował ze stałego zatrudnienia. Ale zamierza wrócić do MOPS-u, gdzie pracował jako prawnik. Najbliżsi przyjaciele mają świadomość, na co cierpi. Żona dowiedziała się przed ślubem, ale tak w praktyce dopiero po pierwszym kryzysie, gdy trafił do szpitala.

Przepracowywanie

Rodzice Piotra rozwiedli się, kiedy miał 10 lat. Nieobecność ojca odebrała mu napęd do życia. Na dodatek dziadek ze strony mamy wpadał w ciągi alkoholowe. Nie dało się z tym żyć. Kiedy skończył 21 lat, przerwał studia prawnicze i pojechał do taty, do Kalifornii. Liczył, że ojciec wynagrodzi mu lata braku wsparcia. Ale on okazał się obcym człowiekiem. Piotrek musiał radzić sobie sam, ciężko pracując fizycznie. Na dodatek po powrocie do Polski zakochał się, ale nic z tego nie wyszło. Uważa, że na różnych etapach dorastania pojawiały się zapowiedzi ciężkiej choroby: moczenie nocne, upiorne sny, nerwica natręctw. Ale w tamtym momencie wszystko się spotęgowało. Musiał szukać pomocy u psychiatry. – Studia mi się ślimaczyły, zamiast pięciu – dziesięć lat – wspomina. – Na dodatek ja, mocno wierzący, czułem się potępiony przez Boga – zaznacza. W relacjach z Nim odwzorowywał stosunek do ojca. Traktował Go jak karzącego sędziego. W wychodzeniu z kryzysu pomogli mu psychiatra, psycholog i osobisty spowiednik. – Pomogło złączenie własnego krzyża z krzyżem Chrystusa. Człowiek nie jest automatem, ma emocje, trzeba było je przepracować – podkreśla. Znalazła się też jeszcze jedna droga wyjścia do ludzi z podobnymi problemami – praca w stowarzyszeniu na rzecz chorych psychicznie „Otwórzcie Drzwi”. Tworzył je od początku, układał statut, kilka lat był prezesem. – Choroba przewróciła do góry nogami mój system wartości – mówi. – Musiałem od nowa zdefiniować się jako człowiek, powrócić do tradycyjnych wartości – miłości, rodziny, wiary.

Edukowanie

Barbara wychowała czwórkę dzieci. Choroba, rozpoznana jako psychoza poporodowa, dopadła ją po pierwszym porodzie. Od początku miała wsparcie w mężu, a w miarę jak dzieci rosły, także i w nich. Rodzina na czas kryzysu przejmowała jej obowiązki. – Rzadko zdarza się znaleźć kogoś tak opiekuńczego jak mój mąż – podkreśla. – Często po zdiagnozowaniu choroby psychicznej małżeństwa się rozpadają. Ich dzieci od początku rozumiały sytuację i z żadnym nie mieli problemów wychowawczych.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama