Są gesty, które w dyplomacji ważą więcej niż komunikaty, wizyty i zapewnienia o przyjaźni. Nadanie ukraińskiej jednostce wojskowej imienia „bohaterów UPA” należy właśnie do tej kategorii. To nie jest drobny błąd protokolarny. To nie jest lapsus urzędnika średniego szczebla. To decyzja podpisana przez prezydenta państwa, któremu Polska od pierwszych godzin rosyjskiej agresji pomagała jak mało kto. I dlatego boli podwójnie.
Można oczywiście powiedzieć: Ukraina jest w stanie wojny, buduje własną mitologię oporu, szuka symboli walki o niepodległość. Tyle że państwo, które chce być traktowane jak partner, musi rozumieć, że symbole nie istnieją w próżni. Dla jednych UPA może być częścią opowieści o walce z Moskwą. Dla Polaków jest przede wszystkim nazwą związaną z ludobójstwem na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Z mordowanymi kobietami, dziećmi, starcami. Z wioskami, po których zostały krzyże, doły śmierci i pamięć przekazywana w rodzinach.
Dlatego pytanie nie brzmi tylko: „po co Zełenski to zrobił?”. Pytanie brzmi ostrzej: dlaczego Ukraina tak często sprawia wrażenie państwa, które nie potrafi uszanować wrażliwości swojego największego adwokata?
Polska otworzyła granice, domy, szkoły, szpitale. Polska zaryzykowała politycznie, gospodarczo i społecznie. Polska przez lata tłumaczyła Zachodowi, że Ukraina walczy nie tylko o siebie. A w zamian regularnie dostaje gesty, które wyglądają jak testowanie granic cierpliwości. Sprawa ekshumacji, spory o pamięć historyczną, a teraz „bohaterowie UPA” w nazwie jednostki wojskowej. To nie jest wdzięczność. To jest wkładanie kija w mrowisko i udawanie zdziwienia, że mrówki zaczęły biegać.
Czy należy odebrać Wołodymyrowi Zełenskiemu Order Orła Białego? To pytanie już padło i będzie wracać. Najwyższe polskie odznaczenie nie jest pamiątkowym medalem z konferencji. Ono oznacza szczególną więź z Rzecząpospolitą. Jeśli ktoś uderza w pamięć o polskich ofiarach, trudno oczekiwać, by oburzenie było tylko teatralnym gestem.
Procedura odebrania orderu istnieje. Decyzja powinna być jednak jasnym sygnałem państwa: pomoc Ukrainie – tak; zgoda na upokarzanie polskiej pamięci – nie. Najgorsze byłoby jednak uderzenie w zwykłych Ukraińców w Polsce. To pokusa łatwa, głośna i moralnie fałszywa. Dzieci z Buczy nie odpowiadają za dekrety Zełenskiego. Matki uciekające przed rakietami nie pisały ukraińskiej polityki historycznej. Ale nie wolno też udawać, że takie decyzje nie mają społecznych skutków. Skoro badania pokazują rosnącą niechęć wobec Ukraińców, to właśnie takie gesty dolewają oliwy do ognia. Nie tworzą całego problemu, ale nadają mu emocjonalne paliwo.
I tu pojawia się najciekawszy, a zarazem najbardziej gorzki wątek. Ukraińskie władze często oczekują od Polski dojrzałości: żebyśmy rozumieli wojnę, geopolitykę, rosyjskie zagrożenie, konieczność pomocy. Słusznie. Tyle że dojrzałość nie może być jednostronna. Ona obowiązuje także Kijów. Dojrzałość oznacza zrozumienie, że nie buduje się przyjaźni z Polską na nazwiskach i formacjach, które dla Polaków są symbolem rzezi.
Rosja z pewnością będzie tę sprawę wykorzystywać. Ale to nie Rosja podpisała ten dekret. Nie można każdej polskiej reakcji na ukraiński błąd zbywać argumentem o rosyjskiej propagandzie. Propaganda żywi się kłamstwem, ale jeszcze chętniej żywi się cudzą głupotą. Tym razem dostała prezent zapakowany w kancelarii prezydenta Ukrainy.
Polska powinna dalej pomagać Ukrainie, bo leży to w naszym interesie. Rosja pozostaje zagrożeniem, a wolna Ukraina jest częścią naszego bezpieczeństwa. Ale partnerstwo nie polega na milczeniu. Przeciwnie: prawdziwy partner mówi wprost, kiedy druga strona przekracza granicę. A ta granica została przekroczona
.Ukraina ma prawo do własnych bohaterów. Polska ma prawo powiedzieć, że ludobójcy nigdy nie będą bohaterami w naszej pamięci. I że przyjaźń, nawet w czasie wojny, nie może wymagać od nas amnezji.








