Dziś wspominamy i czcimy kobiety, które przez większość życia bardziej martwiły się o nas niż o siebie. Kobiety, bez których nie byłoby ani rodzin, ani społeczeństwa, ani – mówiąc zupełnie pragmatycznie – przyszłych podatników utrzymujących kiedyś system emerytalny. A jednak właśnie tutaj pojawia się pewien paradoks współczesności. O ile o macierzyństwie mówi się często pięknie i podniośle, o tyle państwo nadal nie do końca potrafi odpowiedzieć na pytanie, jak naprawdę docenić je także w praktyce.
Bo z jednej strony politycy regularnie przypominają, że dzieci są przyszłością społeczeństwa. Że bez nich zawali się system emerytalny, gospodarka i rynek pracy. Że Polska potrzebuje rodzin. Z drugiej strony kobieta, która decyduje się na dzieci, bardzo często płaci za to konkretną ekonomiczną cenę. Nie od razu. Czasem dopiero po trzydziestu albo czterdziestu latach.
Ekonomiści od dawna opisują zjawisko „motherhood penalty” – ekonomicznych konsekwencji macierzyństwa. Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju w swoich analizach dotyczących systemów emerytalnych wskazuje, że jedną z głównych przyczyn niższych świadczeń kobiet są przerwy zawodowe związane z opieką nad dziećmi, krótsza aktywność zawodowa oraz niższe zarobki.
To zresztą nie wymaga nawet specjalistycznych badań, by zrozumieć mechanizm. System emerytalny premiuje ciągłość pracy i wysokość składek. Tymczasem macierzyństwo często oznacza kilka lat poza rynkiem pracy, wolniejszy rozwój zawodowy, pracę w niepełnym wymiarze albo rezygnację z części ambicji. Społeczeństwo korzysta z efektów wychowania dzieci, ale koszt tej decyzji w ogromnej części pozostawia rodzinom – a szczególnie kobietom.
I właśnie tutaj pojawia się pytanie, którego politycy trochę się boją. Skoro państwo potrzebuje dzieci, to dlaczego wychowanie przyszłych podatników traktowane jest niemal wyłącznie jako prywatna sprawa rodziców?
Przecież obecny system emerytalny istnieje tylko dlatego, że ktoś wychowuje kolejne pokolenie pracujących. Dzisiejsze dzieci będą kiedyś utrzymywać przyszłych emerytów. Matka wychowująca dwoje albo troje dzieci nie dokonuje więc wyłącznie prywatnego wyboru. W pewnym sensie współtworzy przyszłość całego systemu.
Dlatego coraz mniej absurdalnie brzmi pomysł, by wychowanie dzieci mocniej uwzględniać także emerytalnie. Nie w formie kolejnych jednorazowych bonusów czy kampanii reklamowych, ale trwałego rozwiązania systemowego. Może dodatku do emerytury za każde wychowane dziecko. Nie chodzi nawet o konkretne sto czy dwieście złotych. Bardziej o zasadę. O prosty sygnał wysłany kobietom: państwo rozumie, że macierzyństwo ma również wymiar ekonomiczny i że jego kosztów nie można przez całe życie przerzucać wyłącznie na matki.
Oczywiście sam taki dodatek nie sprawi nagle, że Polska zacznie mieć rekordową dzietność. Ludzie nie podejmują decyzji o dzieciach wyłącznie kalkulatorem. Liczą się mieszkania, bezpieczeństwo, stabilność pracy, relacje i zwykłe poczucie spokoju. Ale równie ważne jest poczucie elementarnej sprawiedliwości.
Bo być może największy problem współczesnej polityki rodzinnej polega na tym, że od kobiet oczekuje się heroizmu, a jednocześnie bardzo często pozostawia się je samym sobie. Młode kobiety słyszą dziś, że dzieci są najważniejsze. I zwykle doskonale o tym wiedzą. Widzą jednak również zmęczone matki, przeciążone obowiązkami i niepewne własnej przyszłości. Widzą świat, który potrafi nagradzać niemal wszystko – poza czasem poświęconym drugiemu człowiekowi.
A przecież Dzień Matki przypomina o czymś znacznie ważniejszym niż wszystkie polityczne spory i ekonomiczne wyliczenia. O miłości, której nie da się wpisać do żadnej tabeli ZUS-u. O cierpliwości. O codziennej obecności. O kobietach, które przez lata były centrum naszych małych światów.
Może więc najlepsze życzenia na ten dzień powinny brzmieć nie tylko: „dziękujemy”.
Może także: „życzymy wam świata, który wreszcie nauczy się doceniać to, czego nie da się przeliczyć na składki i statystyki”.
Mamom dziękujemy. Za to, że są, że kochają, że się dla nas poświęcają.
unsplash








