W dobrym tonie jest dziś narzekanie na widowisko, jakim były telewizyjne debaty trzynastu kandydatów na Prezydenta RP. Wszyscy mówią i piszą, że były nudne, niepoważne, pozbawione sensu (minuta na odpowiedź), promujące „ludzi znikąd” i obniżające rangę wyborów głowy państwa. Zgoda, debaty nie sprawdziły się jako sposób prezentacji programów i szukania odpowiedzi na pytania o przyszłość Polski. Tylko dlaczego mimo to gromadziły tak ogromną widownię (po pięć milionów na wszystkich antenach każda) i generowały kosmiczne zasięgi w sieci? Są dwie odpowiedzi: albo Polska leży nam tak bardzo na sercu, że jesteśmy gotowi znosić męki przed telewizorem, albo debaty stały się atrakcyjną formą reality show, mającego luźny związek z poważną polityką. Osobiście skłaniam się ku tej drugiej tezie.
Zupełnie nieoczekiwanie, bez udziału scenarzystów i twórców formatów dostaliśmy nową odsłonę „Big Brothera”. Trzynastu śmiałków wyłonionych w eliminacjach (sto tysięcy podpisów za wejście do gry) przypadkowo stworzyło doskonale skomponowaną, zróżnicowaną grupę. Byli wesołek i ponurak, mędrek i szalony naukowiec, szlachcic, szpieg bez maski i cyborg, babcia i córka rewolucji, trybun robotniczy i syn polskiej wsi. No i dwóch faworytów do pozostania w kontenerze, to znaczy w pałacu. Los tak chciał, żaden specjalista od castingów nie dobrałby lepiej tej ekipy. Wbrew obawom debaty nie okazały się także teatrem jedynie dwóch aktorów, mieliśmy mnóstwo interakcji, ostrych pojedynków, nie zawsze w tych samych parach. Czy nie na tym polega formuła reality show? Jego uczestnicy wzbudzali ogromne zainteresowanie… jako celebryci, a nie poważni kandydaci na państwowy urząd. I zapewne gdyby doszło do głosowania w systemie audiotele, wynik tej zabawy mógłby być dla wielu zaskakujący. Na szczęście widz swój rozum ma i zrobił z niego użytek 18 maja. A debaty „szczęśliwej trzynastki” potraktował jak kolejną telewizyjną operę mydlaną.








