Nowy numer 39/2023 Archiwum

Ks. Jerzy Szymik: Futbol to jedna z ciekawszych baśni mojego życia

O pierwszym i jedynym zwycięstwie nad Anglią w 1973 r., strefie kibica w seminarium duchownym oraz baśni zwanej piłką nożną opowiada ks. Jerzy Szymik.

Piotr Sacha: Proszę nie czuć się jak na przesłuchaniu. Co robił Ksiądz 6 czerwca 1973 roku między 17.30 a 20.30?

Ks. prof. Jerzy Szymik:
Oglądałem mecz Polska–Anglia (2:0). Miałem 20 lat, trwała właśnie pierwsza letnia sesja egzaminacyjna w czasie moich studiów w Wyższym Śląskim Seminarium Duchownym w Krakowie. Oglądaliśmy ten mecz wielką gromadą kleryków w auli seminaryjnego gmachu, na kolorowym już ekranie telewizora.

Co zapadło w Księdza pamięci najmocniej z tamtego widowiska?

Sporo. Pamiętam świetnie obie bramki, Banasia i Lubańskiego, choć na pewno pamięci pomogły niezliczone powtórki telewizyjne i internetowe skrótów tego meczu. Pamiętam faul McFarlanda na Lubańskim, faul, który naszemu wybitnemu napastnikowi złamał karierę. Pamiętam niezwykle ofensywną dynamikę i technikę tamtej reprezentacji Górskiego. Ale chyba najbardziej pamiętam klimat naszej seminaryjnej wspólnoty sprzed półwiecza, śląskich chłopaków, którzy w Krakowie, w ciemnej epoce gierkowskiej komuny – to był czas megaobłudy, peerelowskiego glamouru, bezwzględnej walki z Kościołem z esbecją w roli głównej – dorastali do kapłaństwa, największego wyzwania swego życia. Oczywiście służyły temu pierwszorzędnie kaplica i sala wykładowa, ale też Kraków, z jego Kościołem i kulturą. Z wielką postacią Wojtyły. No i boiska Cracovii i Wisły, gdzie rozgrywaliśmy mecze. I kibicowanie. Nasza aula stawała się wówczas strefą kibica, z potężnymi emocjami…

Tamto pierwsze – i jedyne jak dotąd – zwycięstwo nad Anglią to była futbolowa petarda... Odpalona w środku sesji egzaminacyjnej. Gorący czerwiec 1973?

No cóż, kończył się mój pierwszy rok w seminarium, po początkowych trudnościach z adaptacją, dość naturalnych dla 19-latka. Czułem się tam coraz lepiej i pewniej. Wspólnota koleżeńska miała tu duże znaczenie, szliśmy razem, ramię w ramię. Idziemy tak zresztą do dziś. I futbolowe przygody – na boisku, na trybunach, przed telewizorem – miały niemałe przełożenie na sprawy głębsze. Piłka nożna pomagała nam stawać się drużyną. W Krakowie istniała w latach siedemdziesiątych dwunastozespołowa liga piłkarska złożona z dwunastu drużyn seminaryjnych, diecezjalnych i zakonnych. Przez rok czy dwa byłem tych rozgrywek organizatorem. A w 1974 czy 1975 r. – zwycięzcą wraz z naszym zespołem WŚSD.

50 lat temu reprezentacja Anglii przyjechała do Polski naszpikowana mistrzami świata i ligowymi gwiazdami. Jedenastogłowy smok przeciwko orłom pisklakom, którym dopiero wyrosną skrzydła. I jeszcze Kocioł Czarownic (czyli Stadion Śląski)... Czy futbol to niekończąca się baśń dla małych i dużych?

Futbol to jedna z ciekawszych baśni mojego życia, tak. To tylko baśń, jasne, ale za to jaka i z jakimi morałami, z jakim potencjałem kształcenia wiedzy i wyobraźni. Geografię, europejskie języki, a przynajmniej ich brzmienie, pisownię, melodię poznawałem jako dziecko dzięki nazwom drużyn, imionom i nazwiskom piłkarzy, miast, stadionów. A co do „małych”, to od przeszło 60 lat jestem kibicem małej Portugalii i wiele „baśniowych” meczy i turniejów przeżyłem w związku z Eusebio, Figo, Cristiano Ronaldo i spółki… Przeskok iskry między mną a portugalską piłką nastąpił w maju 1962 roku, kiedy to w finale PEMK Benfica po fenomenalnym meczu pokonała Real 5:3 w Amsterdamie. Polska telewizja transmitowała już ten finał.

Przypomnę też, że po czesku poeta to bašnik… A nasi wówczas, w 1973? Tak, to była jeszcze jedna wersja opowieści o Dawidzie i Goliacie.

Polska trylogia: „Kocioł Czarownic”, „Wygrany remis” i „Mecz na wodzie”.

Oba te mecze – na Wembley i Stadionie Leśnym we Frankfurcie – 1:1 i 0:1 – widziałem w telewizji. Zaś w Kotle Czarownic oglądałem z trybun mecz, który uchodzi za najlepszy w dziejach polskiej piłki, a mianowicie 4:1 z wicemistrzami świata, Holandią, 10 września 1975 roku, z cudownymi bramkami Laty, Gadochy, Szarmacha.

Które mecze Biało-Czerwonych, rozegrane w XXI wieku, znajdą się w piłkarskim kanonie?

Może zwycięski z Niemcami? Ja obstawiam 2:1 z Portugalią – niestety, było mi i słodko, i gorzko… – jesienią 2006 roku na Śląskim, z dwiema bramkami Ebiego Smolarka. Byłem wtedy na stadionie, ale byłem też dwanaście lat później, kiedy Portugalczycy wzięli rewanż 3:2. Trzy bramki strzeliło trzech Silvów: Andre, Rafa i Bernardo.

Gol Włodzimierza Lubańskiego strzelony Anglikom (rok 1973) i jego kopia w wykonaniu Roberta Lewandowskiego w meczu z Danią (rok 2016). Wydaje się, że to już nie ten sam futbol co kiedyś, a jednak wciąż – jak mawiał Kazimierz Górski – „piłka jest okrągła, a bramki są dwie”.

To zdanie Górskiego jest mi bardzo bliskie. Ono sięga dalej niż futbol, rzecz jasna. Użyłem go jako puenty jednego z ważniejszych dla mnie moich wierszy, diagnozujących sytuację Kościoła. Końcówka utworu, który nosi tytuł „Prawie jak Liga Mistrzów”, idzie tak:

Prawdopodobnie nie wyjdziemy w tych latach z grupy,

ale dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe

(twierdzą Kazimierz Górski i katechizm katolicki).

Nawet finał.

Ale i to, że mój kolega będzie ich Messim.

Ale i to, że puchar będzie nasz.

Bo piłka jest okrągła a bramki są dwie.

W swoim cyklu tekstów „Poezja i teologia” po motto sięga Ksiądz do Norwida. „Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie,/ Dwie tylko: poezja i dobroć... i więcej nic”. A piłka nożna?

Nie wolno mylić poziomów rzeczywistości, to jasne. Bo na przykład gdy się nada piłce nożnej nie wiadomo jaką (zbyt wysoką) rangę, to się ją (czyli graczy i kibiców) skrzywdzi, obezwładni, zmarnuje jej ludyczny i pedagogiczny potencjał. To po pierwsze. Ale po drugie: jest w tym sporcie coś fascynującego, co dla mnie wiąże się z bliskimi mojego rozumu i serca sferami: z estetyką i plebejskością. Futbol jest niesłychanie piękny. I nie będę tego ani definiował, ani dowodził. Kto wie, ten wie, a kto nie ma bielma, ten widzi.

Niestety, futbol ma również swoje cienie.

Oczywiście, ja też nie jestem ślepy. Widzę kibolstwo, korupcję, uleganie lewicowej agendzie, szaleństwo tatuaży, chłopaków z nizin społecznych, którym sława i kasa uderzyły do głowy, ogromne pieniądze w tle, pieniądze, które futbol degenerują i mogą go zdegenerować ostatecznie. Więc zero idealizacji. Ale jest futbol świętem dla rzesz prostych ludzi. Kiedy w moich środowiskach (naukowych, profesorskich, księżowskich, dziennikarskich) spotykam czasem mądrali, którzy futbol traktują z lekceważeniem, a jego fanów z pogardą – igrzyska dla motłochu – przychodzą mi na myśl słowa Pana Jezusa, który mówi, że pewne rzeczy zostały zakryte przed mądrymi, roztropnymi, a objawione prostaczkom. Błąd teologiczny? Nieuprawnione pomylenie płaszczyzn? Przestrzelone? Niekoniecznie. Nie mylę wiary ze stosunkiem do sportu. Twierdzę jedynie, że to jedna z odsłon tej samej odwiecznej wojny pychy z pokorą, która toczy się na wielu płaszczyznach… I ma z teologią naprawdę wiele wspólnego.

Powiedzmy sobie szczerze, to my wygraliśmy z Anglią. Nie Lubański czy Tomaszewski, ale my wszyscy – 100 tysięcy na trybunach w Chorzowie i miliony przed telewizorami. Co takiego ma w sobie piłka nożna, że rozpala tak wielkie emocje?

Jest świetnie wymyśloną grą… A poważniej: to dobrze skanalizowana rywalizacja i estetyka, o której już mówiłem. I parę innych rzeczy związanych z ludzkimi życiorysami, kwestiami społecznymi. A propos życiorysów: jest końcówka lat 50. ubiegłego wieku, mieszkający w moim domu rodzinnym jako lokator pan Franciszek Konieczny prowadzi mnie za rękę na mecz trzecioligowego wtedy Górnika Pszów, kupuje mi cukierki, a kiedyś też skórzaną piłkę. Trenujemy na podwórku, prenumeruje dla siebie i dla mnie katowicki „Sport”, czytam od deski do deski już jako 5-, 6-latek, wycinamy zdjęcia z meczy, wklejam je do albumów. Toczy się szczęśliwe dzieciństwo…

Piłka dała Księdzu jakąś życiową lekcję?

Wiele mnie nauczyła i uczy. Kibicowskiej lojalności niezależnej od wyników, na przykład. Ważnej dla życia odporności na przeplatankę zwycięstw, porażek i remisów. Tym jest życie przecież. Jest też dla mnie strefą odpoczynku, istotną dla człowieka stale przepracowanego. Ale chyba najważniejsza była i jest dla mnie jej funkcja wspólnototwórcza. Od kariery trampkarza Górnika Pszów i bramkarza szkolnej drużyny, przez lewoskrzydłowego reprezentacji seminarium duchownego, przez wszystkie kotły czarownic i oglądane mecze na wodzie aż do – w tych dniach śledzonych uważnie – majowych półfinałów Ligi Mistrzów. Futbol uczy współpracy, pokory, ostatecznie podporządkowania swojego indywidualizmu drużynie, i szerzej – środowisku społecznemu. Zdaje się, że patriotyczne i charytatywne zaangażowanie niemałych grup kibicowskich dotyczy tego właśnie i jest o tym.•

Ks. Jerzy Szymik

od 1953 r. na świecie, od 1979 r. kapłan archidiecezji katowickiej, od 1997 r. profesor nauk teologicznych, od niepamiętnych czasów poeta i fan futbolu – zwłaszcza portugalskiego.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy

Quantcast