Nowy numer 21/2023 Archiwum

Małżeństwo na zakręcie. Jak teologia ciała Jana Pawła II ocaliła rodziny

To miał być koniec. Renata Makowska nie widziała już szans na ratowanie tego małżeństwa. Jedyne wyjście to zabrać dzieci i odejść – tak wtedy myślała. Pan Bóg jednak rzucił koło ratunkowe.

Najpierw poszliśmy z mężem Markiem do poradni, w której liczyłam na naprawienie tego, co myśmy popsuli. Nie udało się – wspomina, dodając, że kiedy wyszli z poradni, była załamana. – Popatrzyłam wtedy na katedrę i pomyślałam sobie: „Panie Boże, próbowałam, ale skoro nie wyszło”… Nie obraziłam się wówczas na Boga, a jedynie postanowiłam niczego więcej nie robić, by ratować małżeństwo – mówi. Wtedy zadziałał Bóg i przewrócił ich życie do góry nogami. Splot zdarzeń, spotkanych ludzi, rozmów i propozycja pewnego kapłana, by czytała „Teologię ciała”. Spróbowała i pomyślała, że nie da rady. – Odłożyłam, bo niewiele z tego rozumiałam. Ale od tego momentu w sercu pojawiała się myśl, by do tych tekstów wrócić. Więc wracałam i odkładałam, i tak w kółko – opowiada. Aż przyszła chwila, o której Renata mówi, że spłynęło światło. Ponownie wzięła teksty do rąk i nagle zaczęła wszystko rozumieć, wszystko stało się jasne i piękne. – To był moment, kiedy otworzyłam się na nowo na męża. Były łzy, rozmowy, przytulanie i odkrywanie siebie na nowo – wspomina.

Udało się. A skoro im się udało, to pomyśleli, że warto innym podpowiedzieć, co zrobić w małżeństwie, jak czerpać ze słów Jana Pawła II. Zaczęli organizować rekolekcje, przyjeżdżali małżonkowie, potem kolejni. I dawali świadectwo, że to działa.

Gdy pojawia się egoizm

To była 15. rocznica ślubu. Urszula i Zbigniew Stawikowie nie wierzyli, że jeszcze może być dobrze, wszystko się rozpadało. – To były trudne czasy, pobraliśmy się w 1985 roku, czworo dzieci, problemy finansowe, życie zaczęło nas przygniatać, coraz trudniej było nam się porozumieć, właściwie to już nie rozmawialiśmy. Przestaliśmy żyć jak mąż z żoną – Urszula pamięta, że rodzina nie miała o niczym pojęcia, z zewnątrz tak źle to nie wyglądało. Zbigniew widział, że różnice, które ich dzieliły, były zbyt duże. – Każdy kierował się swoim egoizmem, ciągnął w swoją stronę. Było ciężko, walczyło się o utrzymanie domu, przeżyliśmy śmierć jednego dziecka, mieliśmy małe mieszkanie. Wszystko to oddalało nas od siebie. Najdrobniejsze sprzeczki głęboko dotykały – wspomina. Był zawsze bardzo wybuchowy, co raniło Urszulę. Czuł, że nadmiernie się unosi, szukał pomocy w poradni, ale psychologia bez wartości duchowych nie była lekarstwem na jego problemy. Pomogły rekolekcje. Znajomy ksiądz zaproponował, by pojechali w miejsce, gdzie spotkali Renatę i Marka Makowskich. Ale to nie była przemiana, która pomogła budować na zgliszczach od razu. To trwało. – Pewnego dnia nasz zbuntowany nastolatek zauważył, że coś się w domu zmieniło, że jest spokojniej, że tata przestał krzyczeć. I wtedy sięgnęłam po artykuły ks. Tomasza Jaklewicza, który w „Gościu Niedzielnym” w bardzo przystępny sposób wyłożył teologię ciała – wspomina Urszula i dodaje, że zaprosiła do lektury tych tekstów męża. – To naprawdę zostawiło piękne wspomnienia, lubię do tych chwil wracać – wyznaje.

Jak to zrozumieć?

Franciszkanie zaskoczyli Renatę i Marka, którzy od 20 lat prowadzili rekolekcje dla małżeństw na Górze Świętej Anny. Właśnie kończyli kolejne, kiedy jeden z franciszkanów zapytał, czy nie mogliby zorganizować Święta Rodzin, na wzór odbywającego się w tym miejscu Święta Młodzieży. – Nie było w nas euforii, bo już sporo wzięliśmy na swoje barki. Kiedy jednak w sanktuarium Matki Bożej Makowskiej usłyszeliśmy słowa pieśni, w której zawarte było podziękowanie kierowane do Niej jako patronki rodzin, pomyśleliśmy, że nazwisko zobowiązuje, przecież jesteśmy Makowscy. Pan Bóg przemówił do nas w ten humorystyczny sposób – wspominają. Byli zdumieni ogromnym zainteresowaniem ze strony rodzin, by świętować we wspólnym gronie. Do pomocy zaprosili ks. Tomasza Jaklewicza. – Prosili, żebym powiedział konferencję. Nie poszło najlepiej. Chodziło o tematykę. Okazało się, że im zależy na tym, żebym przeczytał „Mężczyzną i niewiastą stworzył ich” i o tym mówił. Więc rok później wziąłem dwa dni urlopu i czytałem trudny tekst katechez Jana Pawła. Mówię często, że metoda wykładu papieża jest jak sękacz. Chodzi o to, że Ojciec Święty ciągle krąży wokół kilku swoich podstawowych założeń, krąży, krąży i pogłębia te treści, w każdej kolejnej katechezie idzie coraz głębiej – mówi kapłan. Ten język, tak hermetyczny, filozoficzny, udało się ks. Tomaszowi przełożyć na konferencje, które wnoszą wiele w życie małżeńskie, treści dotykają głębi serca, dlatego od 10 lat co roku w długi weekend majowy spotyka się z parami na Święcie Rodzin.

Z teologią ciała Bogumiła i Piotr Juroszkowie zetknęli się wiele lat temu, więc rekolekcje czy Święto Rodzin były naturalną konsekwencją tego, co poznali jeszcze w okresie narzeczeńskim. Czy to znaczy, że byli idealnym małżeństwem? Absolutnie nie! – Jesteśmy jak wszyscy, ale chodzi o to, że znajomość pewnych treści i prawd daje nam pewność, iż zawsze o nasze małżeństwo będziemy walczyć. Te nauki nas wyciszają, dają broń, którą wykorzystujemy w tych chwilach, kiedy jest nam ona potrzebna – mówi Bogumiła. Dziś swoim świadectwem Juroszkowie dzielą się na Święcie Rodzin. Mówią, że największe zranienia w małżeństwie, największe bóle można w ten sposób leczyć.

Czy trudno tym żyć?

– Trud polega na zachowaniu podwójnej wierności: Chrystusowi i sobie nawzajem. Te dwie wierności są dziś poddane ogromnej presji współczesnej kultury, która je kwestionuje. Dzisiaj liczy się głównie wierność sobie i swojemu egoistycznemu „ja” – ks. Tomasz Jaklewicz podkreśla, że to jest zaprzeczeniem tego, o co chodzi w teologii ciała. – Wizja miłości, którą proponuje Wojtyła, to wizja wpatrzona w Chrystusa, czyli to Chrystus jest wzorem miłości, a w małżeństwie powinniśmy ten wzór odzwierciedlać, czyli kochać się tak, jak On nas kocha – dodaje. Przypomina, że w małżeństwie mamy trzy cele, które opisuje tradycyjna teologia małżeństwa, czyli: zrodzenie i wychowanie potomstwa, wzajemna pomoc małżonków i trzeci cel – tzw. uspokojenie pożądliwości, czyli by seksualność, ta ogromna energia, została skanalizowana w życiu małżeńskim. – I Wojtyła mówi: mamy te trzy cele, ale gdzie tu jest miłość? I do każdego z tych trzech punktów dopowiada, że to wszystko jest ważne, ale w imię miłości. Przekazywanie życia to miłość, wzajemnej pomocy nie możemy traktować utylitarnie, ale ma ona wypływać z miłości, i wreszcie popęd seksualny, którego nie mamy w sobie negować, nie mamy ograniczać swojej męskości czy kobiecości, tej „chemii”, mówiąc słowami współczesnej kultury, ale mamy włączyć ją w miłość, podporządkować komunii osób – przekonuje. Dodaje, że w papieskiej wizji miłości kluczowe jest pojęcie obdarowania, czyli nie szukamy siebie, ale wychodzimy w stronę drugiej osoby w najbardziej radykalny sposób, jaki jest możliwy tylko w małżeństwie. Małżonkowie oddają wzajemnie swoje ciała, dusze, psychikę, swoje życie. Takie wzajemne oddanie w małżeństwie jest obrazem tego, o co chodzi w wierze – mamy być zjednoczeni z Bogiem w podobny sposób, można powiedzieć: poślubieni przez Boga. – Wojtyła dowartościował ludzkie małżeństwo, ale dowartościował też seksualność. Chodzi o to, by w tym wszystkim nie zabrakło miłości, by człowiek nie był zredukowany do przedmiotu, do kogoś, kto nie jest celem samym w sobie, ale środkiem do celu – twierdzi ks. Tomasz i za Janem Pawłem II powtarza, że najbardziej jesteśmy podobni do Boga, nie wtedy, kiedy jesteśmy samotnymi geniuszami, twórcami czy kimś innym, ale kiedy jako np. żona czy matka kochamy męża, dzieci, rodzinę, żyjemy dla nich i tworzymy wspólnotę na wzór boski, bo Bóg sam w sobie jest jednością osób.

Tak łatwo skrzywdzić

Czy gdyby Anna i Lucjan Marxowie wiedzieli to wszystko znacznie wcześniej, ich małżeństwo potoczyłoby się inaczej? Kryzys przeżyli 23 lata temu. – Ja rozwodziłam się z mężem, choć on tego nie chciał. Nasze drogi całkowicie się rozeszły – mówi Anna. Wspomina, że w czasach studenckich, będąc na AWF, prowadziła bardzo aktywne życie, a Lucjan, studiując na politechnice, miał zupełnie inne zainteresowania, ale starał się jej towarzyszyć: dopingował, oddawał żonie każdą minutę życia. – Leniuszek pojawił się po ślubie. Wówczas mąż zapomniał o mnie, o dzieciach, zastąpił nas telewizorem i komputerem, a mnie z tym było źle – wspomina Anna. Lucjan uważa, że zjadł ich egoizm: – Każde z nas ciągnęło w swoją stronę. Faktycznie uległem mediom, nawet nie zauważyłem, ile czasu im poświęcam. Ania z kolei miała swoje życie, koleżanki, wyjścia.

Tego dnia Lucjan poszedł do pracy, Anna spakowała wszystko, co było w domu, i odeszła. Zostawiła tylko sypialnię i komputer. Najpierw było im z tym dobrze. Taka ulga, że zrzucili coś z siebie, że mają tzw. święty spokój. Ale z czasem pojawił się, trud samotności, miłość, która przecież całkiem nie wygasła... – Wyprowadzając się, robiłam sobie na złość, ale wtedy nie myślałam o tym i mimo że dwóch synów nie chciało się wyprowadzać, odeszłam. Nie słuchałam dzieci, nie słuchałam Lucjana, dziadków, którzy się za nas modlili. Najważniejsze było to, czego chciałam ja – mówi Anna. Wie, że dużo zła wyrządziła dzieciom.

Sami nie uratowaliby rodziny, dlatego pojechali na rekolekcje. Wtedy ich małżeństwo zaczęło wzrastać. – Przed kryzysem Ania mnie nie doceniała, czułem się taki bezwartościowy. To się zmieniło. Zresztą ja też staram się ją dowartościować – wyznaje Lucjan. Dla Anny ważne jest przebaczenie, umiejętność otwarcia się na drugiego człowieka. – I to, że ciało i duchowość to jedno, nie można tego rozdzielić, że trzeba o nie dbać w każdym wymiarze. Również uczucia są ważne. Zrozumiałam, że mogę Lucka zranić słowem, ale mogę go też podnieść. Że on się cieszy, kiedy patrzę na niego z miłością, ale przeżywa, gdy mam złość w oczach. Tego się ciągle uczę – mówi z przekonaniem Anna.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Quantcast