Nowy numer 24/2018 Archiwum

Lepsze niż in vitro

O zaletach naprotechnologii i argumentach przeciw in vitro z dr. Philipem Boylem rozmawia Jarosław Dudała

Uważa Pan, że naprotechnologia daje lekarzom i pacjentom coś więcej niż metody stosowane powszechnie?
– Miałem pacjentów, którzy leczyli się w najlepszych centrach leczenia niepłodności w Europie i przychodzili do mnie z diagnozą: niepłodność, przyczyna nieznana. Tymczasem karta obserwacji cyklu kobiety, sporządzona według stosowanego w naprotechnologii modelu Creightona, wykazywała nieprawidłowe krwawienia, ograniczone wydzielanie śluzu i nieprawidłowy poziom hormonów. Ta karta dosłownie krzyczała, co jest problemem, podczas gdy inni mówili, że problemu nie ma.

Te karty są aż tak ważne?
– Dzięki nim, a także dzięki dokładniejszym niż rutynowe badaniom USG oraz celowym badaniom hormonalnym, wiemy np. jakie stosować dawki clomidu (popularny także w Polsce lek hormonalny, znany również jako clomifen – przyp. J.D.). Lekarze, którzy nie mają tych informacji, stosują go tak, jakby bawili się w przyczepienie osłu ogona z zawiązanymi oczami. Naprotechnologia to zdjęcie z oczu zasłony.

A jacy są pacjenci, którzy wcześniej próbowali in vitro?
– Pamiętam parę, która dwa razy bezskutecznie próbowała. Tam był problem przedwczesnego wygaszenia czynności jajników, czyli przedwczesnej menopauzy. W 2006 r. przeszli in vitro – udało się uzyskać jedną komórkę jajową. W 2007 r. – ani jednej. Ta kobieta myślała już o skorzystaniu z jaja innej kobiety. Przyszła do mnie w 2008 r. i po leczeniu zaszła w ciążę. Skoro jest pan z gazety katolickiej, to opiszę to słowami Ewangelii: „jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga nie ma bowiem nic niemożliwego”.

Czy pacjenci, którzy próbowali in vitro, różnią się od pozostałych?
– W pewnym sensie są łatwiejsi w prowadzeniu. Wiedzą, że próbowali już wszystkiego i nic to nie dało. Są trochę zrezygnowani. Mówią: „Cokolwiek zaproponujecie, przyjmiemy to”. Tymczasem ci, którzy nie przeszli przez traumę in vitro, zastanawiają się: „Do licha, czas biegnie, może jednak lepiej spróbować in vitro?”. Mówimy im: „Spokojnie, skuteczność naprotechnologii jest znacznie większa niż in vitro”. A przecież nasze sukcesy w leczeniu tych, którzy próbowali in vitro, miały miejsce, gdy pacjentki były starsze niż w chwili, gdy próbowały in vitro. Ten upływ czasu nie jest bez znaczenia. Mówi się, że szanse in vitro mocno maleją w wieku ponad 35 lat. Tymczasem my leczymy pacjentki w wieku np. 42 lat i mamy w tej grupie więcej sukcesów niż in vitro u pacjentek w wieku 35 lat.
« 1 2 3 4 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji