Nowy numer 24/2018 Archiwum

Lepsze niż in vitro

O zaletach naprotechnologii i argumentach przeciw in vitro z dr. Philipem Boylem rozmawia Jarosław Dudała

Jak to się leczy?
– To leczenie farmakologiczne niskimi dawkami naltreksonu, leczenie chirurgiczne (laparoskopia bliskiego kontaktu), do tego dieta i suplementy.

Specjaliści od in vitro mówią wam: „Nie macie nic na męską niepłodność”.
– To prawda, że skuteczność naprotechnologii w tej grupie jest o połowę niższa niż w grupie, w której męski czynnik niepłodności nie występuje. Ale mogę zaprezentować przykłady zakończonego sukcesem leczenia naprotechnologicznego w przypadkach męskiej niepłodności, z którą bezskutecznie próbowano sobie radzić metodą ICSI (stosowane w programie in vitro wstrzyknięcie główki plemnika do wnętrza komórki jajowej – przyp. J.D.).

Jak się to Panu udało?
– Jedną z najlepszych rzeczy, jakie można zrobić, jest podniesienie płodności kobiety dla zrekompensowania męskiego czynnika niepłodności. Czasem odkrywamy wtedy, że w danym przypadku istnieje także niezdiagnozowany i nieleczony czynnik żeński, podczas gdy leczenie skupiało się dotąd na czynniku męskim. Można też stosować u mężczyzn antybiotyki, suplementy, dietę i interwencje chirurgiczne. Nie jest więc tak, że nic nie da się zrobić. Mieliśmy przypadki sukcesów, gdy liczba
plemników w mililitrze wynosiła 0,5–1 mln na mililitr (dolna granica normy to 20 mln – przyp. J.D.).

A czynnik psychiczny?
– Dawniej, gdy wszystko wydawało się medycznie w porządku, mówiono pacjentom: „Musicie próbować, próbować, próbować…”. To rodziło presję i stres. My mówimy takim pacjentom: „Przestańcie starać się o dziecko. Zacznijcie się po prostu kochać. Dziecko jest owocem miłości, a nie ciężkiej pracy”. To nieraz działa. Z medycznego punktu widzenia jest to zjawisko trudno mierzalne, ale bardzo ważne.

Zwolennicy in vitro twierdzą, że naprotechnologia nie wniosła do leczenia niepłodności niczego nowego. Z drugiej strony zarzucają jej, że jest nienaukowa, bo w recenzowanych czasopismach naukowych nie ma prac na jej temat. Czyli nie ma o czym rozmawiać.
– Jeśli poszuka pan w nich prac zawierających termin „naprotechnologia”, to rzeczywiście znajdzie pan tylko jedną. Jednak prac naukowych, na których opiera się naprotechnologia, jest mnóstwo. Podręcznik naprotechnologii odwołuje się do 200 takich prac. Dlatego można powiedzieć, że jest to medycyna oparta na dowodach. Ale ma pan rację – rozwój naprotechnologii powinien iść w kierunku publikacji prac na jej temat w recenzowanych czasopismach naukowych. Chodzi o zyskanie wiarygodności i przekonanie zdroworozsądkowo myślących lekarzy do wypróbowania tej metody.
« 1 2 3 4 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji